Data urodzenia:
Osobiście nie pamiętam tego dnia. Była zima i dostałem imię patrona dnia, w którym przyszedłem na świat. Może i było za zimno, może i za wcześnie pchałem się na ten świat, ale do dziś jakoś daję radę. Z przekazów matczynych najbardziej utrwaliłem sobie porę dnia, w której wydałem pierwszy krzyk. Godzina 21.15 – dobry czas na wznoszenie toastów przy kolejnych jubileuszach. (Sytuację nie do pozazdroszczenia mają ci, którzy urodzili się rano – jakże wypić „za zdrowie” do śniadania?!)
Jakby nie było, jakiś czas temu rozpocząłem ósmą dekadę życia. Dziękuję , nie narzekam.
Miejsce urodzenia:
Zagóźdź – do początku 1939 roku wieś i siedziba gminy w powiecie warszawskim. Konia z rzędem temu (poza rodziną), kto bez zaglądania do Wikipedii dobrze zlokalizuje to miejsce.
Wzrost:
Wg aktualnego dowodu osobistego – 176 cm, a w poprzednich było jeszcze więcej. No cóż, trzeba przyznać, że upływ czasu powoduje zmniejszanie wymiarów w postępie zbliżonym do krzywej hiperboli – teraz jest to jakieś 172cm. W takim tempie, to za jakiś czas będziecie musieli używać lupy żeby mnie zobaczyć.
Oczy:
Piwne. Jakżeby inaczej.
Wykształcenie:
Niewystarczające.
Dużo dały mi nauki podstawowe, średnie techniczne, wyższe, podyplomowe, doktoranckie i zdobywane sukcesywnie doświadczenie zawodowe. Przydają się tu i teraz. Jednak ciągle jeszcze się uczę. Uczę się każdym kolejnym doświadczeniem, a tych doświadczeń, w związku z moim niecierpliwym, żądnym nowych doznań charakterem jest bez liku. Jak postępować z naturą, jak żyć oszczędnie, jak uprawiać ziemię, jak zbudować, jak zachować się w nowym środowisku? Pytań jest setki. Uczę się od sąsiadów, uczę się poszukując rozwiązań w internecie, uczę się doświadczając.
Hobby:
Nie mam.
No bo co to jest hobby? To chyba coś co robi się z zapamiętaniem, powtarzalnie, zapominając o innych życiowych sprawach. Nie stać mnie na to, ale wiele rzeczy i czynności bardzo lubię.
Ot, teraz w radio leci piosenka „Turn, turn, turn” zespołu The Birds – jakże lubię muzykę lat 60-tych. Ale muzykę lubię w ogóle – muzykę rockową, muzykę filmową, jazz, muzykę poważną. Szczególnie przyjazny dla mnie jest dźwięk fortepianu.
Lubię przyrodę. Uczę się jej i podziwiam. A tutaj na Mazurach mam możliwości nieograniczone. W dużej dawce zetkniecie się z tym moim upodobaniem właśnie na tym blogu.
Lubię sport. Niekoniecznie tylko oglądany na ekranie telewizora. Kiedyś, w okresie pierwszych lat studiów grałem w siatkówkę. Do dziś zostało mi dopingowanie temu sportowi i tęsknota za tym, żeby w gronie rodzinnym czy sąsiedzkim poodbijać trochę piłkę. Piłkę mam. Boisko do siatki jest tuż obok. W naszym siedlisku zafundowaliśmy sobie stół do ping-ponga. To też jest efekt tęsknot za dawnymi latami, kiedy dotarłem do finału Młodzieżowych Mistrzostw Warszawy w tej dyscyplinie. Teraz jeszcze, z braku partnera, stół składam na format do gry indywidualnej i trenuję. Lubię wędrówki, lubię pływać, lubię jeździć na rowerze. Nie lubię siedzieć sam bezczynnie.
Lubię projektować i tworzyć coś nowego. Owszem czasami wymaga to nowych materiałów, ale w dużej mierze wykorzystuję te, które już trochę pożyły. W moim budownictwie stosuję swojego rodzaju „upcykling”.
Lubię budować, ale niestety wychodzi przy tym moja wielka wada. Nie chcę dać zarobić innym. Większość prac budowlanych, stolarskich, instalatorskich, remontowych robię sam. Z jednej strony daje to doraźne oszczędności i zadowolenie, ale z drugiej – ryzyko niepowodzenia związane z tym, że ignorant bierze się za to co nie powinien.
Na koniec wypisywania moich lubości powiem coś co jest chyba największym dziwolągiem. Kiedyś chyba upadłem na głowę – zacząłem gotować. Nie mogę się opanować do dziś. To jest jak jakiś niegroźny narkotyk – doświadczanie coraz to doskonalszych smaków, nawet na znanych tradycyjnych potrawach. Ale i ciągłe odkrywanie nowych, coraz częściej bezmięsnych dań. Nieraz zanudzę Was opisami tego mojego quasi-hobby.
