Wróciłem.
Kochani wróciłem. Nie, nie z kwarantanny. Wróciłem do Was z dalekiej krainy przygód.
W ostatnich tygodniach przygód miałem bez liku. A to gryzonie zniszczyły mi łazienkę gościnną. A to borsuk chciał się u nas zadomowić. A to kuna, po nocnych łowach próbowała się ze mną zaprzyjaźnić. Że już nie wspomnę o dokonaniach naszych rodzimych polityków, którzy nadwyrężają moją zdolność logicznego myślenia. O wylegiwaniu się nie było mowy.
Dwa razy w tym czasie byłem w stolicy. Przed końcem kwietnia zawiozłem Jolę, bo musiała pojawić się w swojej korporacji, a komunikacji publicznej nie dowierzam. Powrotny kurs miałem również z pełna obsadą – Agnieszka z Gabrysią tak zorganizowały końcówkę swojej przygody w Beskidzie Śląskim, że koleżeńskim transportem dojechały do Warszawy, gdzie przesiadły się do naszej ZAFIRY (dobrze, że ten samochód jest taki pakowny) i hajda na Mazury. Niespełna tydzień później ponowna podróż po Jolę, no ale wreszcie teraz jesteśmy w komplecie i bobrowe siedlisko tętni życiem.
Bocian w tym czasie zdążył założyć rodzinę:

a miesiączek minął nam ubrany w różowe barwy:

Ale. Winien jestem dokończyć informację o tym, z czym się z Wami rozstałem. I muszę tutaj sobie oddać honor. To nie był mój błąd w sztuce budowlanej. To nie ja popełniłem błąd. Po zdjęciu kabiny prysznicowej wszystko wyszło na jaw. Myszy, szczur, czy inne stwory z ostrymi zębiskami wygryzły kawał płyty OSB, rant kolanka kanalizacyjnego z PCV, tudzież uszczelkę w kanalizacji i zrobiły „porządek” w odpływie z brodzika. Ten porządek to było globalne zalanie, zgnilizna i smród. Ot zwyczaje gryzoni.
Mówiłem już, że kocham budowanie, cieszy mnie kiedy powstaje coś nowego, ale bardzo nie lubię poprawek. A tu praktycznie cała łazienka rozebrana, część materiałów do wyrzucenia. Ręce opadły. Siły wróciły dopiero kiedy usłyszałem przyjacielską radę, żebym do zadania podszedł tak jakby to było całkiem nowiutkie przedsięwzięcie, jakbym budował nową łazienkę. No i poszło. W początkach upływającego tygodnia wszedłem w ostatni etap remontu. Wyjście kanalizacji, które wcześniej owinąłem folią aluminiową, uszczelniłem gipsem zmieszanym z włóknem szklanym, a odpływ brodzika zrobiłem ze sztywnych kształtek. (Kochani! Folia aluminiowa jest najlepszym zabezpieczeniem przed gryzoniami. No, powiedzmy że to wg Google’a, ale póki co sprawdza się):

Jeszcze tylko dzień czy dwa zajęło mi obsadzenie i uszczelnienie kabiny i … łazienka, rzeczywiście, jak nowa:
Nie wiem jak długo będzie tak pięknie. Nie wiem czy przekonałem gryzonie, że nie mają tu czego szukać. Gdyby potrzebowały innych argumentów, to zainstalowałem silny ultradźwiękowy odstraszacz, a przestrzenie przez nie odwiedzane spryskuję specjalnym sprayem. No i zmniejszyłem racje dla kota – niech się Słodziak weźmie bardziej do roboty.
Ja też biorę się do roboty – kolejnej. Przedwczoraj rozpocząłem modernizację obudowy studni. Projekt pokazywałem Wam wcześniej. I projekt się nie zmienia, ale za to zakres prac będzie znacznie większy niż planowany. Kiedy zacząłem podkopywać się do dotychczasowej obudowy, okazało się, że tam jest samo próchno. Wszystko się sypie:

Muszę zlikwidować całą dotychczasową konstrukcję, wylać ławę betonową i na niej postawić nową obudowę wraz z kołowrotem i zadaszeniem. Przy okazji zrobię betonowe stopki pod legary podestu, swojego rodzaju tarasu, jaki od strony widocznej na zdjęciu, będzie otaczał studnię. To jest jedno z najbardziej nasłonecznionych miejsc działki i planujemy wykorzystywać je do wypicia przedpołudniowej kawy w miłym towarzystwie.
Dobrze. Poranną kawę koło studni zostawiłem w sferze marzeń, a tymczasem zabrałem się ostro za robotę. Wczoraj przywiozłem z Castoramy z Ełku podstawowe materiały no i … jak to Jola nazwała – kolejną zabawkę. Półprofesjonalna piła tarczowa na stoliku będzie potrzebna do wielu cięć jakie mnie czekają zarówno przy studni, jak i innych elementach architektury ogrodowej, rodzących się w mojej głowie. Dzisiaj, korzystając z pięknej pogody, rozpocząłem montaż maszyny:
Postęp prac wokół studni postaram się pokazać w następnych zapiskach mojego dziennika, a póki co musiałem oddać się, jak co dzień, zajęciom szefa kuchni. Wiem, że jesteście przesyceni moimi przepisami kulinarnymi, więc powiem tylko, że obiad i kolacja były pyszne.
P.S. Nie zapominam o kolejnych odcinkach opowiadania „Jak zdobywano dziki wschód”, ale wiecie – spiętrzenie obowiązków. Zresztą co się odwlecze … będzie bardziej smakowało.
