Na chłopski rozum, czyli rozważania nad bobrowym stawem. (część 1)

Tytułem wstępu, moje filozoficzne rozmyślania sprzed wielu lat:

” … Jest oczywiste, że w przyrodzie istnieją słabsze i silniejsze twory. W naturze zazwyczaj te słabsze są wypierane lub wręcz eliminowane przez silniejsze jednostki. Ale zdarza się też nieraz zdumiewająca koegzystencja, współistnienie i wręcz wspieranie się.

Walka o prymat w ramach tego samego gatunku jest jakby kwintesencją natury. Instynkt samozachowawczy w przyrodzie jest motorem zachowań dla zapewnienia sobie jak najlepszych warunków egzystencji. Rozumiemy to, że lew toczy krwawą walkę z innym samcem o przywództwo na swoim terenie, czy o swój harem lwic. Ale czy potrafimy tak samo uzasadnić na przykład krwawe starcia między anglikanami a irlandzkimi katolikami, wojny między narodami, czy terroryzm. Tak, to chodzi o to samo. To górę biorą pierwotne instynkty – krwawo zdobywamy swoją strefę wpływów.

Oczywiście, postęp cywilizacyjny, coraz szerzej rozpowszechniana wiedza i idące za tym zmiany mentalne, nieco zmieniają technikę pozyskiwania władzy nad innymi, ale i tak zazwyczaj źle się to kończy dla jednostek słabszych. Wygrywa przebiegłość, wygrywa siła i oręż, wygrywa pieniądz. Trudno jest znaleźć powszechne zwycięstwa zachowań pozytywnych, przyjaznych, wspierających, budujących dobro ogółu.

Skąd się to bierze. Dlaczego człowiek, w odróżnieniu od innych tworów natury, istota rozumna, kieruje się niskimi instynktami. Pierwsze co mi przychodzi na myśl to jest to, że nie można tej oceny społeczeństw uogólniać. To nie całe społeczeństwa są krwiożercze i napędzane instynktowną chęcią władzy nad innymi, lecz pojedyncze osobniki. Zazwyczaj są to osobniki o niezwykle rozwiniętej inteligencji, którą potrafią wykorzystać w pokierowaniu ogółem, dla osiągnięcia własnego celu. No dobrze, ale dlaczego ten ogół daje się tak łatwo pokierować w stronę zabijania, zaboru, wyzysku. Moim zdaniem wszystko zaczyna się od pewnej ludzkiej słabości. Słabości, która potrafi być też niesamowitą siłą. Chodzi o wiarę.

Od zarania ludzkości, człowiek wierzył w to, że potrafi zdobyć pożywienie i zapewnić sobie byt. Kiedy, a było to zapewne bardzo często, nie potrafił wytłumaczyć sobie otaczających go zjawisk oraz doraźnych drobnych sukcesów i niepowodzeń, zaczął wierzyć w coś nad przyrodą. Pewnymi zachowaniami czy przedmiotami zaczął się odwoływać do tych sił nadprzyrodzonych. Wiara czyni cuda. Tak mówimy potocznie. Tak, bo wiara potrafi uruchomić naszą psychikę zakodowaną w mózgu, do działań dających nieoczekiwane wręcz efekty. Oczywiście cudem nazywamy jeszcze teraz to, czego nie potrafimy wytłumaczyć naukowo. Dla wielu ludzi na dzisiejszej Ziemi, mimo istnienia naukowych interpretacji zjawisk, w dalszym ciągu wiele z nich jest cudem. A czy wyobrażasz sobie ile takich cudownych zjawisk otaczało ludzi pierwotnych.

Człowiek od zarania zaczął wykorzystywać umysł do wygrywania walki o życie. Zaczął wymyślać coraz to bardziej przebiegłe metody tej walki. Niektórzy w tej przebiegłości stawali się lepsi od innych i tak, oprócz siły, człowiek zdobywał coraz większy oręż. Niestety, zaczął go używać także przeciwko innym osobnikom tego samego gatunku.

Dochodzimy tu do zinstytucjonalizowania wiary. O ile wiara, jako pozytywny czynnik psychiki człowieka, nie stawała się przedmiotem wykorzystania przez bardziej przebiegłe jednostki do własnych przyziemnych celów, to wszystko jawiło się niezbyt groźnie. Wierzenia jednostek przekształcały się w wierzenia całych rodzin, plemion, narodów. Przynosiły poprawę samopoczucia wszystkim, nie szkodziły chyba nikomu. Ale pojawiły się jednostki, które zobaczyły własne przyszłe korzyści z wykorzystania tej ludzkiej słabości.

O ile gminy chrześcijan, zbudowane przez ideowych spadkobierców nawiedzonego człowieka, Jezusa z Nazaretu, nie szkodziły nikomu, bo nic nikomu nie zabierały (poza sferą wpływów, o którą obawiali się cesarze rzymscy, tępiąc wczesne chrześcijaństwo), to budowa państwa kościelnego paręset lat później, była już tego dobitnym przykładem. Czynnik ludzkiej wiary w siły nadprzyrodzone wykorzystywany był od zarania dziejów przez tych, którzy chcieli sprawować władzę nad innymi. Jednak, powierzchownie piękny płaszcz wiary chrześcijańskiej, stał się przykryciem najokrutniejszych form walki o zawładnięcie światem. Żeby tylko przypomnieć średniowieczne podboje krzyżowe, czasy mrocznej inkwizycji, czy podbój nowego świata (Ameryki).

I dzisiaj ta piękna cecha ludzka, czyli wiara, jest bezczelnie wykorzystywana do celów politycznego i materialnego panowania nad innymi. … „

I już coś dziesiejszego:

… Kiedy cywilizowany świat próbuje otrząsnąć się z nieograniczonego przez wieki wpływu kościoła na poczynania narodów, w naszym kraju, w ostatnich latach próbuje się ten wpływ pogłębić. Jak to możliwe? Ano, część klasy politycznej znalazła niszę do wykorzystania dla przejęcia władzy. Ta nisza to spuścizna ostatnich dziesięcioleci, a nawet wieków. Przez kilka wieków szereg pokoleń dużej części naszego narodu były wychowywane przez różnych ciemiężycieli w duchu uległości dla władzy. Przy czym, przed zaborami, jedną z tych władzy stanowił kościół katolicki, pod zaborem rosyjskim – carski aparat policyjny, a w PRL-u – aparat administracji jedynej słusznej linii partyjnej. Władzy przeciwstawiały się jednostki. Większość ulegała – po to, żeby w miarę spokojnie przeżyć. To ukształtowało charaktery.

Innym czynnikiem sprzyjającym przejęciu władzy przez obecną formację, była spuścizna PRL – bieda znacznej części naszego społeczeństwa, niezauważona przez demokratyczne, socjaldemokratyczne i liberalne ośrodki władzy po roku 1989. Efektem była narastającą frustracja, kiedy wychowana w posłuszeństwie dla władzy znaczna część nas, na co dzień stykała się z efektami uwłaszczenia nomenklatury, z drapieżnym kapitalizmem wdrażanym przez aktywniejszą część, z rosnącymi obok fortunami. Ta część pozostawała, w dużej mierze również, pod wpływem kościoła, który umiejętnie wykorzystywał nastroje do umocnienia swojej pozycji.

No i nadszedł rok 2015, kiedy władza liberalnych demokratów przegrała na całym froncie z władzą populistyczną w dziedzinie gospodarowania budżetem, nacjonalistyczną w stosunkach międzynarodowych, konserwatywną w kwestiach światopoglądowych, no i, najgorsze, faszyzującą w stosunku do niektórych grup swoich obywateli. …

… I co?

I ciąg dalszy nastąpi.

Sponsored Post Learn from the experts: Create a successful blog with our brand new courseThe WordPress.com Blog

WordPress.com is excited to announce our newest offering: a course just for beginning bloggers where you’ll learn everything you need to know about blogging from the most trusted experts in the industry. We have helped millions of blogs get up and running, we know what works, and we want you to to know everything we know. This course provides all the fundamental skills and inspiration you need to get your blog started, an interactive community forum, and content updated annually.

Jeszcze w zielone gramy

Dzisiejszy wpis w diariuszu zacznę przewrotnie, od środka. W środku dnia, no, powiedzmy tuż przed południem, wziąłem się za porządki nad stawem. Nasz staw zarósł okrutnie. Od wiosny kosiłem tylko wąską ścieżkę, żebyśmy wychodząc z Turkiem na spacer, nie utknęli w 2-metrowych trawach. Teraz idzie jesień i pora na to, żeby dać Joli przedpole na realizację różnych pomysłów zagospodarowania tego terenu.

Prawie trzy godziny pracy. W ruch poszła kosa, grabie, taczka i kosiarka na końcu, a efekt mizerny:

W takim tempie, łąkę nad stawem uda mi się oczyścić gdzieś dopiero w grudniu. No cóż, jak zima będzie taka jak poprzednia, to i w styczniu można będzie kosić. Nie ma się czym przejmować.

Szkopuł w tym, że dzisiaj jest międzynarodowy dzień muzyki, a ja z prac polowych wróciłem dopiero przed 15-tą. Oczywiście zapodałem Radio NowyŚwiat idąc pod prysznic po pracy. I co? Prysznic wziąłem dopiero za półtorej godziny. No, bo w cotygodniowej audycji „Mistrzowie Grają”, dzisiaj, pan Robert Gliński prezentował swoje ulubione. Tak się dziwnie składa, że to i moje. Osłabiło mnie przede wszystkim odtworzenie na wstępie klasyki kina, utwór „The Sound od Silence” z czołówki bardzo starego filmu „Absolwent”. (Jaki młody Dustin Hoffman – zresztą wszyscy byliśmy wtedy młodzi).

„The Sound od Silence”, tak jak dzisiaj, w wykonaniu Disturbed, podkreślał nastrój pogrzebu pana Pawła Adamowicza półtora roku temu.

Zrobił się nastrój. I jak tu iść pod prysznic kiedy zaczyna brzmieć „I put a spell on you” w kilku damskich wykonaniach. To był utwór moich czasów. Już nie pomnę, które wykonanie zauważyłem jako pierwsze – czy Manfred Mann, czy Nina Simone, czy The Animals, czy może Alan Price, który właśnie skończył współpracę z The Animals, czy może Them. No co, w światowym dniu muzyki takie rozważania są jak najbardziej na miejscu.

W drugiej godzinie tego programu było już tylko lirycznie, ale jakże romantycznie i miło. Prym wiodły teksty Agnieszki Osieckiej. Stojąc w stroju do kąpieli notowałem tylko kolejne arcydzieła: „Okularnicy”, „Nie żałuję”, „Dziewczyna ze snu”, „Czy te oczy mogą kłamać”, „Oczy tej małej”, „Deus ex machina”, „Ta nasza młodość”.

Oj ta nasza młodość. Nie wiem, czy pierwsza, czy druga, czy może trzecia. Dzisiaj rano poczułem potrzebę filozofowania. Dlatego tak późno rozpocząłem kośbę. Trawa, chwasty, zioła, musiały zaczekać – czas oddany naszej noblistce był ważniejszy. Tak, bo esej Olgi Tokarczuk, który rano przeczytałem w jednym z tygodników, obudził we mnie jakiegoś recenzenta zdarzeń, politologa, socjologa, czy może wręcz ćwierćfilozofa. „Ex-centrycy”, bo taki tytuł nosi cykl felietonów w znanym tygodniku, zapoczątkowany esejem autorki „Biegunów”, to pole do myślenia. Myślenia i rozmyślania, może i filozofowania.

Wydało mi się, że i ja jestem takim ekscentrykiem, trochę dziwakiem, dla niektórych dziwolągiem, kontestującym koniec świata, żyjącym na końcu świata, targającym się na trudy życia na odludziu. Nie konserwatywnym tradycjonalistą, ale, wręcz odwrotnie, progresywnym liberałem.

Wydało mi się, że rzucam wyzwanie nie tylko swojemu wiekowi, ale też tradycjom rodzinnym, wychowaniu w PRL-u, nie mówiąc o wyzwaniu na bój siłom nadprzyrodzonym. Oceniajmy przedsięwzięcie po efektach, ale, w moim przypadku, ocena może pozostać przywilejem tylko osób stojących nad sarkofagiem. Dlatego pozwolę sobie na cząstkową ocenę samego siebie przed faktem.

Czyż ja nie jestem również ekscentrykiem? Znajdźcie mi zrównoważonego faceta bliskiego 70-ki, który porzuciłby wygodny fotel przed telewizorem w Warszawie na rzecz wymagającego olbrzymiego nakładu pracy siedliska na końcu świata. Znajdźcie mi 72-latka, który ciągle coś buduje, jeździ na rowerze, kocha, pływa, rysuje, wędruje.

Tylko ktoś, komu zmysły się pomieszały może się rzucić na tak głęboką wodę. Chyba, że z natury jest ekscentrykiem.

Wydaje mi się, że ja jestem takim ekscentrykiem. Nie lubię sztywnego konserwatyzmu – z konserw najbardziej smakują mi szprotki w oleju. Z tradycji chrześcijańskich lubię tylko Wigilię Bożego narodzenia, oczywiście traktując Boga chrześcijan, jako jednego z Bóstw wielu innych wyznań. Nie uznaję wytycznych kościoła katolickiego, ograniczających nas myślących, kościoła który powstał na ludzkiej słabości do wiary w siły nadprzyrodzone.

Ale też, wydaje mi się, jestem też ekscentrykiem w codziennych zachowaniach, w relacjach z młodszymi, w przejmowaniu prymu w czynnościach domowych, w podejściu do wielobarwności ludzkich postaw. Patrząc na otoczenie, wydaje mi się, że jestem też ekscentrykiem w kwestii zaśmiecania poboczy dróg i ścieżek leśnych. Znam tylko jedną osobę, która jak ja zbiera to co inni beztrosko wyrzucili za siebie.

Ale ekscentryzm, według pani Olgi Tokarczuk, jest nieodzowny żeby zobaczyć nasz świat niejako z boku, żeby zrozumieć jego istotę i próbować przewidzieć przyszłość. Jakże to jest trafne podejście. Przecież, odwrotnie, okopując się w konserwatywnym schronie, wielu z nas nie ma szans zobaczyć, a co dopiero zrozumieć wielobarwności otoczenia. Zupełnie naturalnym wydaje się strach przed czymś nieznanym. To właśnie wykorzystują dzisiejsi politycy. Oni nie tworzą sytuacji. Oni wykorzystują sytuację. Wykorzystują strach większości przed czymś nowym. Strach przed tym, że można kochać inaczej. Strach przed uchodżcami. Strach przed ludżmi ułomnymi. Strach przed nowymi technologiami. Strach przed tym, że to NOWE odbierze im to w co dotychczas wierzyli. Politycy tylko umieją odczytywać nastroje wyborców i odpowiednio je podsycać.

Cóż, zasięg opinii naszych noblistów w rodzimym społeczeństwie jest niewielki, żeby nie powiedzieć, znikomy. Pozostajemy egocentrycznym zaściankiem. A wystarczy wyjść czasami poza ramy, otworzyć oczy i uszy. Wystarczy wyjść z zasiedziałego centrum i stać się choć przez chwilę ekscentrykiem. A może komuś zostanie tak na dłużej, jak właśnie piszącemu te słowa.

W międzynarodowym dniu muzyki przytoczę jeszcze jeden akcent zapożyczony z Radia NowyŚwiat z audycji „Mistrzowie Grają”, na której zakończenie dzisiaj pan Robert Gliński zaproponował żeby nie przejmować się rządami jakie mamy, wirusem jaki nas dopada i posłuchać optymistycznej piosenki „Jeszcze w zielone gramy”. Oceńcie sami, czy lepsze jest filmowe („Plan B”) wykonanie Darii Zawiałow, czy autorskie wykonanie Wojtka Młynarskiego.

Dookoła Wydmin

Podobno inwestycje są motorem rozwoju. Ale jakiż rozwój mnie może jeszcze czekać, choć kolejne inwestycje popełniam? Ot wczoraj. Może to raczej remont niż nowa inwestycja, jednak kupę kasy wydane i wreszcie, spodziewam się, będzie można solidnie ogrzewać dom.

Wczoraj nasz dom został zrujnowany. No powiedzmy, tylko w drobnej części, a przy tym uzyskaliśmy w nim coś nowego, miejmy nadzieję, dobrego, ale kurzu było wiele.

Wczoraj był remont głównego komina. Bo kominów mamy trzy, ale, po pierwsze, remont wszystkich kanałów kominowych jest przedsięwzięciem zbyt kosztownym, a po drugie pozostałe używane są sporadycznie i nie stanowią zagrożenia. Najtrudniejsze było usunięcie starego wkładu z komina centralnego ogrzewania. Wręcz wymagało ono rozkuwania ścian na wszystkich kondygnacjach, które będzie widoczne jeszcze jakiś czas.

Nowy wkład kominowy upamiętniłem zdjęciem, ale tylko na najniższym poziomie. Z oczywistych względów fotki na dachu nie mogłem zrobić. Po prostu nigdy tam nie wszedłem.

Pierwszy etap sprzątania po robocie mam już za sobą, ale ilość pyłu jaką zaliczyłem w czasie asystowania pracom i sprzątania po nich, pobudził we mnie nieodpartą chęć dotlenienia się przejażdżką rowerową następnego dnia.

I stało się. Zapakowałem dzisiaj rano mój niesamowity, oczywiście codziennie głaskany rower do samochodu i … Palec skierowany po ciemku na mapę, trafił gdzieś w okolice Wydmin. Ambitny plan zrodził się szybko – rowerem dookoła Wydmin. Na miejscu, na parkingu w Centrum, plan został nieco zweryfikowany. No bo dookoła Wydmin to oznacza między innymi dookoła Jeziora Wydmińskiego, a tu prognozy pogodowe ślą całkiem nieciekawe. Skróciłem więc planowaną trasę i wybrałem łatwiejszą jej część – na południe od Wydmin. Popedałowałem w kierunku Starych Juchów z zamiarem dotarcia nad Jezioro Szostak. Gdzieś w okolicach Gawlików Małych miałem przyjemność spotkać parę rowerzystów, którzy wyjechali właśnie z lasu i naopowiadali mi o oczkach wodnych w tym lesie. Poczułem potrzebę spotkania z wodą i zawróciłem, tym bardziej, że do Czarnówki nad Szostakiem trzeba się coraz bardziej oddalać od samochodu, a tu prognozy deszczowe i wietrzne.

Wjechałem w las. Trochę błądziłem, ale było warto. Oto te śródleśne jeziorka

Woda cieplutka, aż chciało się popływać. Niestety nie wziąłem czepka.

Pojeździłem trochę po lesie. Bawiło mnie to, że było tam tak wiele duktów leśnych, wymarzonych do trekingu. Zupełnie inaczej niż w naszej bezpośredniej okolicy. Spotykałem przyjaznych zbieraczy grzybów i rowerzystów. No, po prostu chce się wracać w to miejsce. Z całą pewnością wybierzemy się tutaj kiedyś z Jolą.

Przez to bawienie się jeżdżeniem po lesie omalże zapomniałbym o jedzeniu. No nie, nie było tak źle. Jak zwykle na wyprawy wybieram się przygotowany. W plecaczku znalazła się i kanapka i jabłko, a w rowerowym bidonie woda. Nie mniej zeszło mi tak długo, że po powrocie do domu nie było już czasu na jakiś wyszukany obiad. Po prostu ugotowałem na parze znaleziony w zapasach brokuł, okrasiłem tartą bułeczką z masłem i syty zasiadłem do skreślenia tych kilku słów, które właśnie czytasz.

Naprawdę, nie dzieje się nic.

Nic wielkiego się nie dzieje. Ot proza mazurskiego dnia.

No dobrze, dzieje się wiele, ale o wielkości dziejów zdecydują historycy dopiero za kilkadziesiąt lat, a może wcześniej. Bo przecież historia jest zmieniana wręcz na naszych oczach. Rodzimi politycy przywłaszczyli sobie nie tylko fotele w ławach poselskich i dobre posady, ale również, co gorsza, prawo do stanowienia o tym co nam wolno, co nie, co jest patriotyzmem, co nim nie jest, kto wydobył nas z jarzma, a kto był zdrajcą, kto kocha poprawnie, a kto będzie potępiony.

Załóżmy jednak, że nie dzieje się nic. No bo jakie ma znaczenie to, że po śniadaniu poszliśmy z Jolą na spacer do pobliskiego lasu. Nie, nie z gołą ręką – wiedziałem co możemy zobaczyć. Wzięliśmy łubianki i nożyki.

Łubianki wróciły po spacerze na ganek, a to że zapełniły się, to zupełny przypadek. Naprawdę, nie dzieje się nic.

Wracając ze spaceru przez nasze siedlisko zauważyliśmy, że nieśmiało łebki wychylają również nasze maślaczki. Może też niedługo będę rydze. Za niedługo, na grzybobranie będzie wystarczało wyjść tylko z domu. Ale naprawdę, nie dzieje się nic.

Już wiem, jaka będzie karta dań w najbliższych dniach. Na pewno znajdą się w niej gołąbki. Kapustka już czeka.

Zdradzę – będą to pieczone gołąbki, oczywiście z maślaczkami. No, ale to dopiero jutro, a dziś? Dzisiaj równie smacznie, acz z mięsem – sznycelki z piersi indyka, ziemniaczki i młoda kapustka.

Dla naszych gości podajemy na stół to, czego oczekują. Zarówno mięsnie jak i wegetariańsko. Zarówno tłusto, jaki dietetycznie. Proste dania na równi z wyszukanymi. Najważniejszy jest dobry humor i zadowolenie. Zapraszamy do Bobrowego Siedliska.

Naprawdę nie dzieje się nic.

Pozdrawiam pana Grzegorza Turnaua.

Idzie burza

Przedwczoraj byłem mocno wzburzony. To były wielkie emocje. Prawda, walczymy o wolność, o swobody, o to żebyśmy mogli być sobą. Jednak, przyznaję, realistyczny lęk nakazał mi moje wzburzenie pozostawić w szkicach. No bo niełatwo jest uzewnętrzniać swoje myśli nie dbając o skutki tej wypowiedzi.

Dzisiaj, po uzyskaniu przyjacielskiego wsparcia, zmieniam zdanie. Potrzebne są takie wypowiedzi, bo być może one mogą nas uchronić przed tym, żeby nie były ostatnimi. A więc … tak wyrzucałem z siebie myśli dwa dni temu:

„Już grzmi. Już ciemne chmury gęstwieją. Idzie burza.

Burza, którą zsyła nam aura to drobiazg. To wręcz oczekiwane, ze względu na długotrwałą suszę, zjawisko. Niech popada. Niech poleje.

Tytułowa burza ze sztuki największego poety ze Stratford, ani z wojennej epopeji piewcy Stalina, to też już albo bajka, albo historia nafaszerowana propagandą. Chociaż ta ostatnia dotyczy również czasów, do których trudno nie wracać analizując obecne poczynania naszych polityków.

W czasie porannej kawy, przy której przez kilkanaście minut oglądam, moim zdaniem w miarę obiektywny serwis informacyjny Polsat News, dzisiaj na pasku info wyczytałem, że minister Zero nie ma zamiaru delegalizować marszów równości. Skoro minister Zero wydaje takie oświadczenie, to znaczy zapewne, że myśli o tym, ale na razie nie będzie wsadzał do więzienia tych co chcą żeby wszyscy ludzie w tym kraju byli równi.

Idee narodowego socjalizmu płynące z wypowiedzi i czynów obecnej władzy są zatrważające. Dlaczego ta władza rozważa czy delegalizować lub nie pochody promujące miłość, wolność, równość, a bez reakcji zezwala na faszystowskie hasła wznoszone podczas coraz częstszych przemarszów ugrupowań głoszących nienawiść, wspomaganych przez kiboli? Dlaczego z taką determinacją obecni włodarze naszego kraju gnębią tych co wywieszają tęczową flagę, jednocześnie nie widząc namawiania do przestępstwa w wieszaniu portretów europosłów na szubienicy?

Otóż ja tutaj widzę nadchodzącą burzę. I, niestety, burza która nadchodzi ma wiele analogii do lat 30-tych XX wieku. Może jej zasięg nie będzie tak tragiczny dla całego świata, ale tu w Polsce będzie mocno odczuwalny. Wskazywanie palcem kto jest lepszy kto gorszy, kiedyś doprowadzi do tragedii. Populizm i hołubienie nacjonalistyczych bojówek to krótka droga do państwa faszystowskiego, z którego będą usuwani ci z gorszego sortu. Czarna to wizja, a jakże niestety, prawdopodobna.

Czekające nas kolejne trzy lata rządów ugrupowania, które z naszych podatków kupiło głosy większości, mogą doprowadzić kolejnymi zmianami prawa łamiącymi konstytucję, do zawładnięcia ostatniego bastionu kontroli poczynań władzy, czyli niezależnych mediów. Kto wie, jak długo jeszcze będę mógł swobodnie prowadzić na blogu tego typu rozważania? Czy doczekam na wolności jutra?

O dziwo, Prezes wszystkich prezesów jakby ostatnio zniknął, a straszeniem i działaniami antywolnościowymi zajmuje się minister Zero. Jakim prawem pieniądze z naszych podatków mają zasilać kasę gmin, które słusznie, za dyskryminację, mają odbierane dofinansowania z Unii? Przecież to jest kolejny krok do faszyzmu – pokazanie przez władzę, kto w tym kraju jest dobrym sługą, a kto ma być napiętnowany.

Nie podoba mi się ten kierunek zmian w naszym kraju. Wyrażam głośno swoje niezadowolenie i obawy o to, gdzie będą żyły nasze dzieci. Czy po podstawowe prawa człowieka będą musiały wyjeżdżać znowu do Szkocji?

Boję się, że aby nasz kraj stał się bezpieczną ostoją dla wszystkich, musi przejść nad nami jakaś burza.”

Próba generalna

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze pobierałem nauki przedmaturalne, dorabiałem sobie do kieszonkowego statystując w Teatrze Wielkim. Miałem przyjemność uczestniczyć w wielu znakomitych spektaklach, ale dziś przytoczę jeden – balet Ludomira Różyckiego „Pan Twardowski”. Zapamiętałem na długo swój występ na próbie generalnej. Byłem jednym z elementów smoka – wielkiego kawałka materiału wystylizowanego na jego skórę, przykrywającego kilkunastu statystów udających jego nogi. W tej ogromnej narzucie zrobiono otwory dla naszych oczu, cobyśmy się nie pozabijali przesuwając się tanecznym ruchem przez scenę.

To była tragedia próby generalnej, o czym z niesmakiem dowiedziałem się po zejściu ze sceny. Do szatni wpadł szef statystów z krzykiem: „co za palant wszedł do smoka w okularach?!” Może nawet to było inne, mniej nadające się do przytoczenia określenie mnie – sieroty, a i tak to było dopiero preludium potoku epitetów skierowanych w moim kierunku. Od tej pory mam jakieś takie większe uszy. Bo musicie wiedzieć, że pan Bolek, który kierował statystami, był mistrzem w tzw. szewskim języku. Potrafił kląć przez 10 minut, nie powtarzając się.

Dzisiaj podzielę się z Wami wrażeniami z innej próby generalnej – chyba nie dałem ciała aż tak bardzo jak ponad pół wieku temu. Otóż przez ostatnie 10 dni mieliśmy gości, powiedzmy wczasowiczki, a ściślej moją przemiłą szwagierkę i nie mniej sympatyczną jej koleżankę. Panie zostały zakwaterowane w zbudowanym przeze mnie apartamencie gościnnym. Starałem się zapewnić naszym gościom to co było im potrzebne do aktywnego wypoczywania – pingpong, leżaki, rowery, dokładne mapy terenu, dostęp do wypożyczalni sprzętu wodnego, itp. Dotarło do mnie przy tym, że można się tu na tyle zrelaksować, żeby pomylić kierunki świata, pobłądzić i zwyczajnie spóźnić się kilka godzin na obiad. I właśnie wyżywienie naszych wczasowiczek to było clou tej próby generalnej.

Sprawdziłem swoje kucharskie możliwości na niezłym dystansie. Przez 10 dni, pełne śniadania, obiady oraz kolacje i, zdaje się, nie powtórzyłem karty dań zasadniczych ani razu. Były i dania mięsne i bezmięsne. Były postne piątki i pieczenie ziemniaczków, kiełbasek i warzyw w sobotnim ognisku. Były potrawy dość klasyczne i wyszukane mazurskie dania. Zebrałem mnóstwo doświadczenia, a o smakach niech wypowiedzą się zainteresowane. Małgosiu, Krysiu proszę o wpisy w komentarzu.

Oczywiście, była też całodzienna wycieczka objazdowa, jaką oferuję wszystkim gościom. Tym razem na Activ Festival Olecko, a potem do Zdroju w Gołdapi, no i, obowiązkowo, do ośrodka Piękna Góra w Konikowie. W tutejszej restauracji zjedliśmy ich specjalność – kartacze i babkę ziemniaczaną, a potem spacerkiem (niektórzy wyciągiem krzesełkowym) do obrotowej kawiarni na szczycie, na lody i kawę. Widoki niepowtarzalne. Oby zimą spadł śnieg, to będziemy mogli skorzystać z jednego z pięciu wyciągów narciarskich.

Smak kartaczy, które zamawiam za każdym razem kiedy odwiedzam ten piękny ośrodek, jest różny. Chyba często zmienia się tam szef kuchni. Tym razem był niezły, a porównania z kartaczami mojego wyrobu, goście mogli dokonać już kilka dni później. Smacznego.

Może użyłem złego tytułu – próba generalna. Przecież próba generalna dokonywana jest w zasadzie tylko w celu upewnienia się, że wszystko gra i spektakl może być powielany. No, a ja mam zamiar zrobić jeszcze pewne drobne korekty, zarówno w bazie mieszkaniowej, jak i w sztuce żywieniowej, żeby móc przyjmować w gościnę wszystkich, którzy będą chcieli wypoczywać z dala od miasta, w bezpośrednim kontakcie z przyrodą. Ale, w zasadzie już jestem gotów.

Chętnych goszczenia u nas (max 5 osób) zapraszam do napisania e-maila (adres w zakładce „Kontakt”).

Co to się działo!

Piękna pogoda dopisuje, (choć ziemi przydałoby się więcej deszczu), więc w piątek rozpoczęliśmy z Jolą wycieczkowy weekend. Na pierwszy rzut wybraliśmy Giżycko.

Zajeżdżamy, a tam strzelanina, wybuchy. Rejwach niesamowity. Na parkingu trudno znaleźć wolne miejsce.

Tak, wiedziałem gdzie się wybraliśmy. Od 6 do 9 sierpnia, Giżycko częstowało nas coroczną Bitwą o Boyen. Impreza – piknik, zorganizowana na terenie częściowo odrestaurowanego zabytku z drugiej połowy XIX wieku – pruskiej Twierdzy Boyen.

IMG_20200807_114243840_HDR

Miejsce to zwiedzaliśmy wcześniej z Agnieszką i Gabrysią.

Teraz, tylko we dwójkę wybraliśmy się aby oderwać się od codziennych zajęć, poczuć klimat imprezy, może kupić coś na jarmarku serwującym tzw. „mydło i powidło”, no i zobaczyć inscenizację scen batalistycznych związaną trochę z historią miejsca.

Klimat owszem. Jarmark taki trochę odpustowy, ale były również i starocie, głównie militarne (nie znaleźliśmy znowu mosiężnych świeczników, których brakuje w Agnieszki pianinie). Były smakołyki takie choćby, jak te w które zaopatrzyliśmy naszą spiżarnię (wędzone wędliny z gospodarstwa spod Gołdapi). Było trochę sztuki, która jednak ustępowała wielkości tej, którą mamy po sąsiedzku. No i była bitwa na Majdanie. Zobaczcie co zarejestrował mój aparat, zanim zrejterowałem z pola walki.

Tumult i kurz bitewny nie pozwoliły nam posilić się wojskową grochówką, ani kiełbaską z grilla, czy nawet jarmarcznym obwarzankiem. Wyjeżdżaliśmy z Giżycka z wielką wolą zjedzenia smacznego obiadu po drodze do domu. Znaleźliśmy niedaleko od Giżycka, w Upałtach – zajazd Stary Młyn.

IMG_20200807_143633531_HDR

Wystrój miły, zachęcający, taki swojski. Trochę w duchu rybackim, trochę narciarskim. Ot przyjemna atmosfera.

IMG_20200807_133508506_HDR

Piwo lokalne.

IMG_20200807_133532756

Pyszna zupa rybna dla mnie, a na danie zasadnicze, dla Joli pierogi ze szczupakiem, dla mnie – placek po cygańsku.

IMG_20200807_135338215_HDR

To nic, że duże porcje. Mówią – apetyt wzrasta w miarę jedzenia. I mówią prawdę. Zamówiliśmy jeszcze na deser do kawy, porcję ciasta szpinakowego (jedną na dwoje). Delicja.

IMG_20200807_141257348_BURST001

Polecam to miejsce.

Syci, zatrzymaliśmy się jeszcze w Wydminach. Wieś, siedziba sąsiadującej z naszą, gminy. Jakże bardziej okazała od naszego Świętajna.

Wręcz, w porównaniu z naszym zaściankiem, tętniąca życiem metropolia.

Ale, niektórzy wolą spokój i ciszę naszych wsi nad Hasznem. Prawda?

W sobotę, rano wybraliśmy się w przeciwnym kierunku, do Olecka. Nie chcieliśmy już brać udziału w żadnych bitwach, tylko skosztować smaków Festiwalu Mleka i Miodu. Ani wystrzałów, ani zgiełku, ani ścisku na parkingu. Za to fantastyczne smaki serów, wędlin, smalcu, miodów, lokalnych producentów.

Znowu zrobiliśmy zapasy do lodówki. Jakżeby inaczej.

Pomału zauważamy, że można przywiązać się do naszego Olecka. Dosłownie.

IMG_20200808_092936409_HDR

P.S. Mamy niepożądanych gości w warzywniku.

Powiedzcie mi, co to za zielona, gąsienicowata łobuzeria pożera nam rukolę, jarmuż, czerwoną kapustę. Co z tym zrobić?!

 

 

This is a great day

To wielki dzień.

O godzinie 17-ej staliśmy z Jolą na baczność (akurat w czasie spożywania obiadu po ciężkim dniu), dla uczczenia rocznicy Powstania Warszawskiego. Symboliczny dźwięk syren i słowa wypowiadane przez speakera Radia Nowy Świat, wyciskały mi głęboko ukryte łzy. Żadne słowa jednak nie oddadzą tego, co przeżywali, wiele lat wcześniej, nasi rodzice. I niechaj, żebyśmy nigdy nie musieli tego osobiście przeżywać.

Ale to był ze wszech miar wielki dzień.

Wstałem rano, przed 5-tą. Ból ramion, który nie daje mi spokoju co noc, to już pomijalne zjawisko. Do bólu można się przyzwyczaić. Wstałem rano, bo w perspektywie miałem finalizację mojego przedsięwzięcia, które hołubiłem od paru miesięcy. Obudziłem się dzisiaj z wielkim planem skończenia budowli studni.

Żeby w pełni ocenić jak wyszło, przypomnę jak było wcześniej.

IMG_20200308_114953477~2

Kilka dni temu powstała konstrukcja nośna

IMG_20200730_081613335

i… wtedy zaczęło się. Z sąsiedztwa słyszałem odgłosy: „Co tam sąsiedzie? Czyżbyś  kościół chciał zbudować?” No fakt. Jakoś tak to chyba jest, że ołówek i papier są łatwiejszą materią niż drewno, wkręty, ziemia. Trochę za wysoko wyszło, dlatego dzisiaj od rana (bo spać nie mogłem również z tego powodu), wziąłem się za obniżanie tego co wybudowałem.

Ale, żeby nie było zbyt łatwo, ledwo zdążyłem wziąć prysznic przed 6-tą, a tu nagle zostałem bez prądu. Brak światła to nic. Najbardziej bolesne było to, że nie mogłem otworzyć garażu, gdzie tymczasem zlokalizowałem mój warsztat i wszystkie narzędzia. No to wziąłem się za prace ziemne, bo trzeba było również zabetonować kotwy słupów nośnych.

Poranną kawę z Jolą wypiliśmy po zaparzeniu jej wrzątkiem z czajnika podgrzanego na, dawno nieużywanej, kuchence gazowej w naszym apartamencie gościnnym. Przydała się.

W końcu prąd został włączony, roboty ruszyły. Efekty oceńcie sami.

Konstrukcja dachu nad studnią została obniżona o kilkanaście centymetrów, a zaciski stolarskie podtrzymujące kołowrót, jakie widzicie na zdjęciu, są jak najbardziej celowe.

Jutro jest dzień kiedy stanie wiecha. Jutro jest dzień oblewania budowli, aby nie rozeschła się. Zapraszamy. Jutro zbierze się konsylium, które demokratycznie ustali wysokość ostatecznego zamocowania kołowrotu. Piwoszy, zapewniam, że swoim głosem, będę dbał o możliwość chłodzenia piwa na głębokości 10m w studni. Ale w sekrecie powiem, że chyba, my piwosze jesteśmy w mniejszości. No cóż, wolność i demokracja są najważniejsze.

No a już tak zupełnie, finalnie, to powiem Wam, że bardzo ważne są też ścierki jakich zapewne używa każdy i każda z nas do brudnej roboty. Właśnie przez te ścierki … straciłem wątek, którego będę szukał w następnych odsłonach.

Dlatego żegnam wszystkich cieplutko. Do następnej kartki mojego dziennika.

O ścierkach też więcej kiedyś opowiem. A może Jola mi w tym pomoże?

Wszyscy jesteśmy dziećmi bluesa

No co mogę powiedzieć jeśli gra Tadeusz Nalepa (oczywiście „Modlitwa”), potem COMA („Wola istnienia”) i jeszcze DIRE STRAITS („Money for nothing”). No cóż mogę powiedzieć, tylko tyle, co Pan Janusz Chojnacki co tydzień, w środy, o 14-ej, w „Radio Nowy Świat” – wszyscy jesteśmy dziećmi bluesa. Tak, nawet my staruszkowie z lat 40-tych, 50-tych, czy 60-tych, ale i dzieci lat późniejszych. Tak, wszyscy wzięliśmy wzory z lat wcześniejszych, kiedy rodził się blues, smutek i muzyka tych lat. Rock and roll, to też jest frywolna wersja bluesa. Ale. Czy pamiętacie koncerty The Animals, The Artwoods, The Rolling Stones? Tak. Te wirujące kamizelki w Sali Kongresowej i połamane krzesła w Kinie „1 Maj” przy ulicy Podskarbińskiej. To były czasy. Tak, jesteśmy dziećmi bluesa.

Dzisiaj blues oznacza co innego. Dzisiaj smutek to nie jest tylko Rysiek Ridel i jego nostalgiczny „List do M.” Dzisiaj smutek wiąże się z czasami współczesnymi, z tym co czeka nasz kraj. Ale nie chcę potęgować tego uczucia smutku.

Blues dopada nas wszystkich i tych, którzy chowają kogoś bliskiego i tych, którzy przeżywają koncert „Frankie goes to Hollywood”. Równo traktuje tych co nie mają co do garnka włożyć i tych, co niedawno głosowali na wolność. Powiedziałbym, że nawet młode pary pozostają w smutku, kiedy dowiadują się, że wirus z koroną  zagościł na ich weselu. Cóż, smutek towarzyszy nam od najmłodszych lat i tak będzie przez najbliższy milion lat. Posłuchajcie tylko „Obywatela GC”. Ale. Ale kiedyś to się zmieni.

Kiedyś. Niedługo to się zmieni. Co prawda jesteśmy dziećmi bluesa, ale radość w nas niedługo zagości. Pozostańmy w wierze, że  nasz naród dojrzeje i, że konserwatywnych, narodowych socjalistów, nie będzie wybierał do władzy nad nami. Wierzę, że nie wrócą lata 30-te ubiegłego wieku.

Ale. Ale ta zmiana jest też zależna od nas. Nie dajmy się monolitowi tej władzy i beztroski tych, co za nic mają naszą krainę. Tak jak w poprzednich latach zbierajmy śmieci przydrożne po tych co zapomnieli o tym, że to też jest ich kraj. Ograniczajmy w ogóle ilość śmieci, używajmy biodegradowalnych, wielokrotnego użytku toreb na zakupy. Segregujmy odpady i, w miarę możliwości, odstawiajmy je do punktów ich skupu. Inwestujmy w odnawialne źródła energii. Pamiętajcie, wysłane przez nas dobro, wraca w dwójnasób.

A na koniec. Polecam „Zajęczym tropem” Andrzeja Zielińskiego i zespołu SKALDOWIE.

No i jeszcze. Dla spragnionych mojego, koronawirusowego widoku, dwuminutowy (zupełnie jak ten wczorajszy stek) autoportret:

IMG_20200729_003316367

Pociągiem z Olecka do Kruklanek.

Nieznający lokalnej historii, po przeczytaniu tytułu, powie futuryzm, marzenia, bajka? Nie, tak właśnie kiedyś było. Pociągiem z Olecka można było dojechać do Kruklanek a nawet do Węgorzewa. Tyle, że nazwy były wtedy jakieś obcobrzmiące.

Ale po kolei. Dwa tygodnie temu (w niedziele staram się odpoczywać od pracy), pojechaliśmy z Jolą i Agnieszką na wycieczkę samochodową, aby rozpoznać niepoznane dotąd lokalne atrakcje naszego regionu. Pierwszym celem była piramida w Rapie.

Budowla ta jest grobowcem rodu baronów von Fahrenheid, zbudowanym na przełomie XVIII i XIX wieku, a więc jeszcze przed tym jak świat dowiedział się o piramidach egipskich.

Niektórzy nie mogą sobie odmówić chęci spotkania z nieboszczykami i, pomimo że do środka nie ma wstępu, to pod okienkami zostały ustawione, prawdopodobnie przez turystów, gustowne pieńki, jak widać, o sporej wytrzymałości na znaczne obciążenia.

IMG_20200705_111259158_HDR

Aktualnie obiekt jest wyremontowany i już nie straszy, ale bywało gorzej.

Kolejny etap to Węgorzewo, a ściślej port i lokalne muzeum z powstającym skansenem.

Jakoś nic nas nie przyciągnęło w tym mieście (no poza lodami „Zielonej Budki”), a muzeum i skansen, ze względu na pandemię prawie niemożliwe do oglądania. Może w przyszłym roku.

Po drodze mieliśmy duży ubaw. Na mapie Google wcześniej zaznaczyłem miejsca docelowe, czyli cała trasa była zaprogramowana. Ale nie zawsze przystanek był dokładnie w miejscu określonym współrzędnymi mapy, toteż GPS Pana Google, przez całą drogę po odjechaniu spod piramidy i w związku z tym, że zatrzymaliśmy się jedynie na parkingu „Republiki Ściborskiej” (pojedziemy tam kiedyś na odrębną wycieczkę), nie dojeżdżając do samej wsi, przez całą dalszą drogę starał się nas zawrócić do Ściborek.

Mimo konsekwencji w głosie GPS – „skręć w lewo, skręć w prawo, zawróć, kieruj się na północny-wschód”, pojechaliśmy w kierunku Kruklanek. W ich okolicach mieliśmy dwa cele:

1. Diabla Góra, którą chciałem wcześniej zaliczyć do „korony Mazur Garbatych” i zobaczyć miejsce, gdzie znajduje się wzorzec czystości powietrza.

IMG_20200705_144635255_HDR

Dojazd w końcówce paskudny, szczytu nie zdobywaliśmy bo nie wiedzieliśmy gdzie on jest, a wzorzec – pod kluczem.

2. Ruiny mostu kolejowego nad Sapiną, w Grądach Kruklaneckich.

Pozostałości tej budowli obudziły we mnie jakiś sentyment, jeszcze z lat młodości, do budownictwa związanego z koleją i jakby wyznaczyły jeden z punktów docelowych następnej wycieczki.

Ta następna była wczoraj, rowerem. Ze względu na przewidywany upał, wybrałem się względnie wcześnie. Kierunek Łękuk Mały przez Jelonek nad Łaźną Strugą, dalej przez Gajrowskie, Orłowo do dużego ośrodka konferencyjno-wypoczynkowego Folwark Łękuk.

Tuż za ośrodkiem, polną drogą, im dalej, tym bardziej nieprzejezdną. (Od dziś będę głaskał mój rower, przed każdym wyjazdem, bardzo czule. Że on to wytrzymał. Te kamienie, kłody, dołki i garby. Nie wspomnę o tym co odczuła moja …, no wiecie taki kawałek każdego z nas, służący między innymi do siedzenia, a także ręce i nogi wysmagane pokrzywami i ostami.)

IMG_20200719_100538417_HDR

Po prawie kilometrze tej szaleńczej drogi dotarłem do zabytkowego, nieczynnego wiaduktu dawnej kolei nad moją dróżką.

Tak na szybko przyszła retrospekcja o latach świetności kolei i jej znaczeniu dla lokalnych społeczności. Ale równie szybko wróciłem do przemierzania zaplanowanej trasy oraz czasu internetu i GPS’a, który jako jedyny zapewniał mi niepobłądzenie (zapomniałem mapy). Materialnym wskaźnikiem, że kierunek mam dobry, było ponowne trafienie na ślady dawnej świetności komunikacji w tym terenie.

IMG_20200719_103423314_HDR

Zmierzałem dalej do ładnej, z wieloma pensjonatami i zejściami do wody jeziora Gawlik, wsi Grądzkie.

IMG_20200719_110835553

Za wsią, w kierunku na Lipowo, na wzniesieniu, kilkaset metrów od głównej drogi, zobaczyłem drugi cel jaki sobie tego dnia wyznaczyłem – pozostałości wiatraka holenderskiego z XIX wieku.

Obiekt jest w posiadaniu prywatnym, ale gospodarze, artystyczne dusze, zapraszają do domu.

IMG_20200719_105917663

Jeszcze objazd części wybrzeża jeziora Gawlik

i, przez Szczybały Orłowskie i Orłowo, a dalej tą samą drogą co rano, do domu.

W tym miejscu wrócę do tytułu dzisiejszego wpisu. To nie futurystyka, ani bajka. To prawdziwa historia, do studiowania której zachęca tablica przed wjazdem do Orłowa.

IMG_20200719_114613628_HDR

Ileż jeszcze mam punktów docelowych dla kolejnych wycieczek rowerowych szlakiem tej historii.

Pozdrowienia od maskotki naszego siedliska. Już ma imię – Feluś.

IMG_20200712_174411030_HDR[1]

15 lipca

Data ze wszech miar wielka. Rok temu, to była niedziela, środek naszego WIELKIEGO rodzinnego spotkania seniorów. Wszystkim, jeszcze raz, dużo zdrowia i do następnego spotkania.

Tamto spotkanie przypomniała mi, poniekąd, dzisiejsza aura. Piękna pogoda, jak wtedy. 25 stopni, prawie bezwietrznie, chmurki pojawiają się jedynie od czasu do czasu. No i prowokacja gotowa. No bo jak inaczej odczytać to, że mimo nieskończenia roboty przy obudowie studni, solarium zostało już uruchomione.

IMG_20200715_154402972_HDR

Dobrze, że fotograf, jako ilustrację tego wykroczenia, nie obrał zdjęcia mojego, świeżo opalonego torsu. Gdzieś słyszałem, że męski tors nazywają grillem. No cóż, mój grill, przez lata został nieco wybrzuszony. A więc dobrze, że nie zmieścił się w kadrze.

Ale zapewniam wszystkich, robota wre, narzędzia są rozgrzane do czerwoności. Już niebawem solarium pod studnią będzie gotowe. Od wschodu, północy i zachodu, osłona jest pełna, przez studnię i otaczające ją hortensje. Żadne stroje nie będą obowiązywały, a piwo będzie się chłodzić w wodzie na głębokości ok. 10m (o ile woda w studni całkiem nie zniknie).

Jestem w szoku. Udało się. Pierwszy raz udało się uchronić plony przed szpakami – Jola zdążyła zabrać do Warszawy cały zbiór (ze trzy garście) czereśni. Owszem czasami jakiś kos poczęstował się naszymi dobrami, ale z chmarą szpaków chyba sobie poradziłem. Parę tygodni temu, kiedy czereśnie były jeszcze niedojrzałe, przeżyłem szpakowaty nalot raz i drugi, aż za trzecim razem udało mi się trafić.

DSC_0446[1]

Pneumatyczna replika Remington’a spisała się. Podobno, na tyle był to skuteczny strzał, że od tej pory i sąsiedztwu szpaki odpuściły.

Jednakowoż, mawiają że najlepsze są zabezpieczenia wielotorowe. Toteż i ja postawiłem na jeszcze jeden sposób odstraszania.

IMG_20200715_155147958_HDR

Dziwne, że coś co mnie cieszy wielobarwnością, czy wirującym na wietrze ruchem, może straszyć. Ale jednak, skoro niektórzy, wydawałoby się dojrzali i wykształceni ludzie, boją się tęczy, to co dopiero mówić o szpakach. Agrest i porzeczki są na ten czas nietknięte. Lada dzień zbiory.

Tymczasem bociany cały czas nas obserwują. W tym roku są dwa młode. Jeszcze nie podrywają się do góry, mimo że przecież za jakieś cztery tygodnie mają odlecieć.

IMG_20200708_163326001_BURST000_COVER

Życząc wszystkim dobrej nocy po ciężkim dniu, polecam na osłodę garść świeżych poziomek.

IMG_20200715_203051198

Odgłosy wolności

Od rana jest jakoś inaczej. Jakaś wzniosła atmosfera. Myśli krążą nieuporządkowane i wyszukują porównań, odniesień.

Przecież nie stało się nic, co byłoby odnotowane na paskach news’ów w stacjach telewizyjnych.

A jednak poczułem świeży powiew. Powiew, a w zasadzie odgłos czegoś innego. Czegoś, co próbowano zawłaszczyć i, w pewien sposób, zniszczyć. Poczułem odgłos wolności.

Nie chcę, żeby to zabrzmiało jakoś górnolotnie, ale poczułem lekki dreszczyk i szybkie skojarzenie z dawnymi czasami, kiedy słyszałem: „you are listening the Radio Free Europe”. Wiem, że to skojarzenie jest zbyt dowolne, ale tak jakoś mnie naszło.

Oczywiście, różnice są olbrzymie. Nie ma tu wielkiej polityki, ale sama świadomość niekontrolowania przez politykę, daje poczucie świeżości, czegoś miłego, przyjaznego. No a sentyment do znajomych, lubianych przeze mnie głosów Wojciecha Manna, czy Marcina Kydryńskiego i dobieranej przez nich muzyki, nie mającej nic wspólnego z sieczką emitowaną przez największych nadawców, wytwarza atmosferę lekkiego łaskotania mojej duszy. Jeszcze gdyby od czasu do czasu pojawił się tu głos seniora byłej „Trójki”, Piotra Kaczkowskiego, z dźwiękami różnych wykonań utworów jego ulubionego „The Led Zeppelin” …

Ledwie kilkugodzinna emisja programu, już wyróżniła się wśród innych choćby tematyką wywiadów, czy felietonów. Akurat kilkadziesiąt minut temu utrafiono w mojego „konika” – bardzo trudną, dla niektórych, kwestię dopełniacza w języku polskim. Jak będziemy odmieniać nazwę Radio Nowy Świat – Nowego Światu, czy Nowego Świata. Z mojego podwórka takim problemem jest sąsiedzka nazwa Borki – czy powiemy jadę do Borek, czy do Borków. Pozostawiam pytanie otwarte, ale chętnie zabiorę jeszcze głos o prawidłach języka polskiego.

Wpadajcie czasami z wizytą na http://www.nowyswiat.online i poczujcie, jak ja, odgłos normalności.

 

P.S. Będąc przy tematyce zbliżonej do muzyki, z przykrością muszę odnotować, że kilka dni temu odszedł na wieczny spoczynek autor wspaniałej muzyki do ponad setki filmów, m.in. takich jak „Dawno temu w Ameryce”, czy „Misja” – Enrico Morricone. Możnaby dyskutować, czy fabułę w tych utworach lepiej tworzy obraz, czy dźwięk.

Nieodżałowana strata. Dzieła Enio Morricone pozostaną ze mną na stałe.

List do … kontynuacja

Ja wiem, że opóźniam się mocno ze swoim dziennikiem. Niektórzy wręcz powiedzą: co to za dziennik, w którym wpisy pojawiają się raz na dwa czy trzy tygodnie. Mają rację.

Nie będę szukał wytłumaczenia w nawale zajęć, tylko spróbuję to teraz nadrobić.

Ale, na czym skończyłem poprzednio? Aha, już wiem – ojej, to było ponad miesiąc temu; to było o jakimś dziewiczym szatkowaniu szpinaku babcinym tasakiem. To było wyjątkowo smaczne, ale wiele się zdarzyło od tamtego czasu.

Dla przykładu – spotkanie z jeżem:

IMG_20200606_180730211

Dla tych co wolą technikę, też coś. Najpierw projekt, a później wykonanie reanimacji ponadćwierćwiecznych mebelków ogrodowych. No i zaraz wieczorne ognisko:

IMG_20200616_121205068_HDR

W międzyczasie, obok pięknych misek, pojawiła się kolejna ślicznotka z sąsiedztwa:

No, a kiedy przyjechała Agnieszka, niespodziewanie pojawił się ON:

Jeszcze nie zdążyłem nadać imienia mojemu nowemu przyjacielowi. (W tym miejscu proszę o sugestie).

Jedno jest pewne – mniej bolesne będzie się z nim porozumiewać, niż, sięgając do kieliszka, próbować nawiązać kontakt z przyjaciółmi znad stawu. Sądzę, że opowieści bobra i borsuka nic na tym nie ucierpią.

 

No dobrze, ale po co ja to wszystko piszę? A no, kiedy pojawił się mój nowy przyjaciel (jeszcze raz proszę o sugestie imienia), przypomniałem sobie o swoim starym przyjacielu, który, jakby zapomniany, cichy, siedzi cały czas koło komputera i swoimi błękitnymi oczkami pilnuje moich wpisów od samego początku:

IMG_20191120_191604648

Adaś, bo takie dostał imię, pojawił się około rok temu. Znalazłem go pod kamieniem przy drodze, którą często wyprawiam się rowerem. W pierwszym odruchu posadziłem go na kamieniu, żeby był bardziej widoczny dla właściciela zguby. Po paru tygodniach, kiedy nie znalazł swojego domu, przygarnąłem go i rozpytywałem o niego w sąsiedztwach. W końcu został ze mną, dostał imię i, jak ktoś powiedział, dostał najlepszy z żywotów jakie miał kiedykolwiek. Prawda.

Adaś dostał imię, zaliczył kąpiel i od prawie dziesięciu miesięcy ma eksponowane miejsce koło mojego komputera. To Adaś towarzyszył mi w długich okresach samotności jesienią zeszłego roku. Rozmawiałem z nim, zwierzałem się mu i …

I w końcu zacząłem pisać. Ten pierwszy wpis na moim blogu „List do …”, to właśnie wymyślona przeze mnie formuła kontaktu ze światem przez swojego rodzaju list – rozmowę z Adasiem.

Bardzo mnie ucieszyło, że pomimo braku treści pod tym moim pierwszym wpisem, pojawiły się do niego komentarze. To dobitnie dowodzi temu, że nasze myśli krążą swobodnie we wszechświecie, no i trafiają do właściwych odbiorców.

Pozdrawiam cieplutko w ten chłodny lipcowy wieczór wszystkie Czytelniczki i Czytelników oczywiście też.

Pielęgnuj swoje marzenia …

„Pielęgnuj swoje marzenia. Trzymaj się swoich ideałów. Maszeruj śmiało według muzyki, którą tylko ty słyszysz. Wielkie biografie powstają z ruchu do przodu, a nie oglądania się do tyłu.” (Paulo Coelho)

Przepraszam. „Linowe Siedlisko”, jakie Wam obiecywałem, jest nieosiągalne i to z prozaicznego, wybitnie prywatnego powodu. Otóż, po wyjęciu zbyt osobistych urywków z tego zbioru opowiadań, nie pozostało nic, a przynajmniej nic co dałoby się publikować. No cóż, nie pozostaje nic innego, musicie obejść się smakiem.

Nie mniej zapewniam Was. Warto marzyć i warto wierzyć. Nie mogę tego materialnie dowodzić, jednak jestem pewien, że każde z Was doświadczyło kiedyś jak ważna jest wiara w siebie. I to właśnie wszystkim tym, którzy tego jeszcze nie doświadczyli, polecam.

Moim marzeniem było żyć na łonie natury, spotykać się z bobrami, mieć wspaniałe sąsiedztwo, i to wszystko pomału się spełnia, o czym możecie czytać w następnych wpisach …

Imagine

Wyobraziłem sobie nasz naród bez podziałów na lepszy i gorszy sort.

Wyobraziłem sobie, że nie musimy być ani chamską hołotą, ani zdradzieckimi mordami.

Wyobraziłem sobie,  że nasz kraj nie jest dzielony na Polskę wschodnią i zachodnią, na Polskę A i B. Wyobraziłem sobie, że wszyscy potrafimy podziwiać zarówno urok Połonin Bieszczadzkich, jak i ferię kolorów, jakimi darzą nas jesienią Mazury, Beskidy czy Karkonosze.

Wyobraziłem sobie, że wszyscy jesteśmy patriotami, a nie tylko tu jest Polska a tam są oni.

Wyobraziłem sobie, że w naszym pięknym kraju nie ma marszów niepodległości i marszów równości. Wyobraziłem sobie, że wszyscy jesteśmy równi w dostępie do prawa, w dostępie do opieki medycznej, w dostępie do wiedzy, w dostępie do kultury i sztuki, w dostępie do informacji.

Wyobraziłem sobie, że w Narodowe Święto potrafimy bawić się na wspólnych festynach i lokalnych jarmarkach.

Wyobraziłem sobie, że w krainie pięknych rzek i jezior każdy może wierzyć w co chce, bez wytykania że tamten wierzy w coś innego niż ja.

Wyobraziłem sobie, że nasi posłowie są prawdziwymi wybrańcami ludu do ich reprezentowania, a nie bezkrytycznego  sankcjonowania widzi mi się swojego prezesa.

Wyobraziłem sobie, że sąsiad sąsiadowi przyjacielem, że kierowca wolniejszego pojazdu też ma prawo korzystać z drogi, że pływając w strefie ciszy nie usłyszę warkotu i smrodu spalin, że wchodząc do lasu nie ujrzę stosu ukradkiem wyrzuconych śmieci.

Wyobraziłem sobie kiedyś, przemieszczając piaski brzegu Bałtyku w Słowińskim Parku Narodowym, na wysokości Smołdzińskiego Lasu, że całe nasze ponad 500-kilometrowe wybrzeże może być tak czyste, bez petów, plastików, butelek, papierków, opakowań foliowych, a za to pełne różnorodności wśród nas samych, ludzi.

Wyobraziłem sobie, że ludzi bezdomnych można spotkać wszędzie, nawet o zachodzie słońca nad brzegiem Bałtyku i nie musimy ich omijać szerokim łukiem, a rozmawiać, dowiedzieć się czegoś więcej o otaczającym nas świecie.

Czy zbyt dużo sobie wyobraziłem?

Wyobraziłem sobie, że kiedyś tak będzie.

Proszę. Dopisujcie swoje wyobrażenia.

Ten pierwszy raz

Wczoraj zostałem telefonicznie upomniany przez jedną z Czytelniczek.

Okazuje się, że na moje wypracowania niektórzy oczekują z tęsknotą, a tu nic się od wielu dni na blogu nie dzieje. Nie ma nowych wpisów w dzienniku. Nie ma nowych zdjęć w galerii. Nie wiadomo, czy jeszcze żyję.

No więc, aby zapobiec niepotrzebnym kosztom kolejnych telefonów, naskrobię kilka słów:

 

… Czy pamiętacie ten pierwszy raz?

Nie, nie tylko to jedno mam na myśli. Chodzi mi o to, że nawet w seniorskim wieku można jeszcze wiele rzeczy zrobić pierwszy raz w życiu i właśnie Wam opowiem, co mi się dzisiaj pierwszy raz w życiu udało. Jednak to później. Wszak muszę zachować pewną chronologię, której wymaga formuła dziennika.

Ostatni wpis był datowany dniem 19 maja. Jakże to dawno. Rzeczywiście, jak wiele zdarzeń mogło wypełnić ten czas. Ileż to konstrukcji można zbudować w tym czasie. A tu nic. Nic autor nie pisze od ponad dwóch tygodni.

Przepraszam. W tym nawale obowiązków zapomniałem się. Zapomniałem, że oprócz siedliska, jego mieszkańców i gości, mam jeszcze grono, które mnie obserwuje w internecie.

No to, żeby nie było:

23 maja – pierwszy pokos nad stawem w tym roku:

24 maja – wyjazd z Jolą do Warszawy.

25 – 30 maja – sama rutyna: zakupy, gotowanie, sprzątanie, koszenie, pielęgnowanie ogródka, budowanie studni, itd. No nie tylko. Agnieszka, Gabrysia, Ania i Elwirka dbały o to, żebym się nie nudził:

IMG_20200529_174911808_HDR

31 maja – dziewczyny mnie opuszczają.

2 czerwca – wyjazd po Jolę do Warszawy.

3 czerwca – reanimacja ławeczki nad stawem (któreż to kolejne życie jej zafundowałem).

4 czerwca, czyli dzisiaj – reanimacja fotelików nad stawem, kolejny pokos i pierwszy raz w życiu …

 

… Drogie Czytelniczki i drodzy Panowie, którzy macie tyle wyrozumiałości aby mnie czytać, zanim dowiecie się, co mi się zdarzyło dzisiaj pierwszy raz w życiu, będziecie zmuszeni zapoznać się jeszcze z dwoma innymi powiastkami.

 

Jedna jest bardzo realna i dotyczy moich ostatnich wyjazdów w kierunku Warszawy. Otóż tradycyjna droga do Warszawy przez Łomżę staje się coraz mniej przyjemna, a to za sprawą budowy trasy szybkiego ruchu, która nas w tym miejscu uszczęśliwi już za parę lat. W poszukiwaniu alternatywy, zdałem się ostatnio na GPS i mapy Google’a. Za pierwszym razem błądziłem po wsiach i drogach szutrowych przez jakieś pół godziny, ale po pierwszych doświadczeniach, częściowo zignorowałem GPS’a, otworzyłem mapę tradycyjną i dojechałem. A że warto, to powiem tak – jeśli chcecie zobaczyć na żywo prawdziwe mustangi, maści karej czy ciemnogniadej, to zbaczajcie na tę trasę. Mnie się to trafiło pierwszy raz w życiu. Cztery dzikie konie spowolniły ruch na szosie i długą chwilę trwało aż dołączyły do swoich towarzyszy na górce w lesie. Spokojnie, majestatycznie podążyły w głąb puszczy, a spokój im zakłócały jedynie kliknięcia kolejnych klatek fotoaparatów z wielkimi teleobiektywami, dwóch łowców przyrody, którzy nie wiadomo skąd się tam wzięli.

Z Grajewa nie skręcajcie na Łomżę. Jedźcie prosto na Białystok. Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy przez piękne lasy Nadleśnictwa Rajgród, zaraz za Twierdzą Osowiec, trzeba skręcić w prawo. Warto te kolejne trzydzieści parę kilometrów przejechać wolniej. Obowiązuje ograniczenie prędkości do 50 km/godz. – wszelako jedziemy przez Biebrzański Park Narodowy, a do tego wspólną drogą dla samochodów i rowerów. Co kilka kilometrów znajdują się stacje Green Velo, zazwyczaj przy parkingach, od których już niedaleko do punktów widokowych na rozlewiska Biebrzy. Przy zmniejszonej szybkości zmysły są ukojone widokami po lewej i po prawej. Czasami tylko (na szczęście raz mi się to trafiło) krew zalewa, a droga nie ma poboczy, kiedy mijasz się z takim co nie respektuje zakazu dla pojazdów ponad 15 ton. No cóż, taki mamy kraj.

 

Drugie opowiadanie jest natury surrealistycznej, nie mniej jakże prawdziwe, a przynajmniej takie mogłoby się wydawać. Prawdą jest, że w niedzielę, jakieś dziesięć dni temu, Jola musiała pojechać do Warszawy. Wiadomo, komunikacja zbiorowa nie wchodzi w rachubę. Wsiadamy do naszej Zośki i jedziemy właśnie przez Biebrzański Park Narodowy – czysta rekreacja. Ale historia zaczyna się wieczorem, po powrocie ze stolicy. Oczywiście musiałem wziąć coś na rozluźnienie napiętych nerwów i poszedłem po zmroku na spacer w dół siedliska. Traf chciał, że spotkałem starego borsuka. Tego samego, który kilka tygodni wcześniej odwiedził nas i wręcz chciał się u nas zadomowić. Zacząłem mu się żalić na poczynania bobrów, które tak mocno drążą, że kilka razy już wpadłem w ich kanały. Na to borsuk stary mówi, że mam sam rozmawiać z bobrami i wezwał ich głowę rodziny. Bóbr wynurzył się ze stawu wraz ze swoimi towarzyszami. Od słowa do słowa, okazało się, że to ten sam jegomość, który opowiadał mi kilka lat temu o swojej nieodwzajemnionej sympatii do pięknej wydry. Wreszcie znaleźliśmy wspólny język. Mówię mu, a inne bobry też słuchały: – „Chłopaki, macie tutaj taką sympatyczną sąsiadkę, która chce mieć też trochę więcej wody na swoim terenie. Zróbcie, tak jak to wy potraficie, jakąś tamę na naszym kanałku”.

Chyba nie słuchały mnie co później mówiłem, ale następnego dnia, kiedy poszedłem z Turkiem na spacer, zdumiony zobaczyłem:

IMG_20200527_163509467

Muszę z bobrami pogadać, żeby może w ogóle przeniosły się do sąsiedztwa. Tyle, że od tych rozmów ze zwierzętami, to następnego dnia mocno boli głowa!

 

No, ale ja miałem o pierwszym razie. Zdradzę Wam już bez żadnych ogródek. Dzisiaj pierwszy raz w życiu

… zrobiłem na obiad świeży szpinak posiekany własnoręcznie tasakiem, przyprawiony przeze mnie serkiem, czosnkiem, jogurtem i oczywiście z dodatkiem chilli. Do tego młode ziemniaczki posypane koperkiem i jajo sadzone. Do tej pory używałem jakichś mrożonek, a tu mi się trafiło, że moje dziewczynki zostawiły mi świeżonkę. No i zrobiłem i było pyszne. A zdjęcie zdążyłem zrobić w ostatniej chwili, przy ostatnim kęsie:

IMG_20200604_151501736

Smacznego.

Warto wierzyć (marzyć).

Dzisiaj wreszcie nadeszła wiosna dla Mazur Garbatych.

Po zaśnieżonych początkach sprzed paru dni:

nadszedł czas względnego ciepła i długo oczekiwanej wilgoci. Wszystko się zieleni i rozkwita. Kwiaty, które z Jolą kupiliśmy parę dni temu, skrywam na razie przed nadmiernym deszczem i nocnym zimnem w mikro tunelu foliowym jaki zrobiłem na pomidorki. Przyjdzie na nie czas za tydzień, kiedy ustaną nocne chłody.

IMG_20200519_171957060

Wydaje się, że sukcesem zostanie zwieńczona tegoroczna troska o moją ulubioną dipladenię sundaville. Po zimowaniu w nasłonecznionym, niezbyt ciepłym miejscu, dzisiaj wypuściła pierwszy pąk kwiatowy.

IMG_20200519_172127247

Nie wiem czy nie za wcześnie. Toż to dopiero połowa maja, a tutaj, na Mazurach, to dopiero pierwsze dni wiosny. Kiedy w Warszawie przekwitają już bzy, tutaj dopiero zawiązują się ich pąki.

 

Mimo wszystko, dzisiejsza deszczowa aura napawa optymizmem. Rośnie ziele, ale kwitnie też humor, nawet kiedy moje dziewczynki doszczętnie zmokły w czasie rowerowej wyprawy wokół naszej doliny pięciu jezior:

IMG_20200519_150859824_HDR

Ba. W czasie deszczu nawet nowa konstrukcja obudowy studni rośnie:

IMG_20200519_172016430

Sama tak rośnie? No nie. Trochę jej pomagam. Dzisiaj jakby mniej, bo przecież deszcz, bardzo potrzebny przyrodzie, ale mnie dał odpoczynek od robót budowlanych, które ciągnąłem ostatnimi dniami. Zobaczcie sami. Stan po rozbiórce starej konstrukcji:

Jeszcze miesiąc, może dwa, może rok i studnia będzie jak w projekcie. Rację ma każdy kto twierdzi, że nie wiadomo co i kiedy. Jednak najważniejsze są marzenia, cel w życiu. Nie zbyt szybkie osiągnięcie wyznaczonego kierunku, ale podążanie za nim.

Wiem. Spotkam wielu przeciwników tej teorii. I cóż ja na to poradzę?

Jeszcze raz powtórzę. Każdy ma rację – swoją rację. Ja swoją rację przekażę Wam w bardzo dziwny sposób. Za kilka dni (kiedy opanuję edytora wordpress) zacytuję Wam obszerne fragmenty mojej powiastki „Linowe Siedlisko” z okresu moich marzeń spisywanych w mieszkanku w Warszawie. Zobaczycie jak marzenia potrafią się spełniać. Nieliczni, niektórzy z Was, którzy mieli okazję czytać moje wypociny, te sprzed prawie dziesięciu lat, będą mogli potwierdzić prawdziwość moich twierdzeń. Oczywiście z cytatu będę zmuszony wyjąć urywki zbyt intymne, ale i tak, bez nich, sam rozrzewniłem się, kiedy je ponownie czytałem.

To za parę dni.

 

A tak w ogóle, to na jaki termin udało się Wam zapisać do fryzjera? Moja facjata jest coraz bliższa portretowi w moim logo. Dzisiaj musiałem długo rozgarniać zarost i czuprynę, żeby zobaczyć siebie w lustrze. Ale żeby być sobą, nie wiem, czy nie poprzestanę na tym stanie. Skoro w naszym nowo otwartym wiejskim sklepiku Pani Kamila mnie rozpoznała, to może uda mi się przemycić dalej ten image. Proszę tylko o awizowanie przyjazdu. Odwrotnie wyślę selfie, żeby nie było szoku i żeby nie błądzić gdzieś po leśnych ostępach w poszukiwaniu mnie takiego jakiego znaliście …

 

„To możliwość spełnienia marzeń sprawia że życie jest tak fascynujące” (Paulo Coelho)

 

Pozdrawiam wszystkie Czytelniczki.

No dobrze, Czytelników też.

 

P.S. Słuchajcie radia RMF Classic. I klasyka i jazz i najpiękniejsza muzyka filmowa.

I jeszcze jedno. Przed chwilą zjadłem „Bajecznego”. Tak kiedyś nazywała się pychotka marki E.Wedel.  Ale to już nie to samo. Zapewniam Was, władający teraz naszymi ulubionymi czekoladkami Japończycy i Koreańczycy nie mają pojęcia o doskonałym smaku tych delicji sprzed kilkudziesięciu lat.

Jak to mówi Oczar – to se ne wrati.

 

Return

Wróciłem.

Kochani wróciłem. Nie, nie z kwarantanny. Wróciłem do Was z dalekiej krainy przygód.

W ostatnich tygodniach przygód miałem bez liku. A to gryzonie zniszczyły mi łazienkę gościnną. A to borsuk chciał się u nas zadomowić. A to kuna, po nocnych łowach próbowała się ze mną zaprzyjaźnić. Że już nie wspomnę o dokonaniach naszych rodzimych polityków, którzy nadwyrężają moją zdolność logicznego myślenia. O wylegiwaniu się nie było mowy.

Dwa razy w tym czasie byłem w stolicy. Przed końcem kwietnia zawiozłem Jolę, bo musiała pojawić się w swojej korporacji, a komunikacji publicznej nie dowierzam. Powrotny kurs miałem również z pełna obsadą – Agnieszka z Gabrysią tak zorganizowały końcówkę swojej przygody w Beskidzie Śląskim, że koleżeńskim transportem dojechały do Warszawy, gdzie przesiadły się do naszej ZAFIRY (dobrze, że ten samochód jest taki pakowny) i hajda na Mazury. Niespełna tydzień później ponowna podróż po Jolę, no ale wreszcie teraz jesteśmy w komplecie i bobrowe siedlisko tętni życiem.

Bocian w tym czasie zdążył założyć rodzinę:

IMG_20200422_171844207_HDR

a miesiączek minął nam ubrany w różowe barwy:

IMG_20200506_201112140_HDR

 

Ale. Winien jestem dokończyć informację o tym, z czym się z Wami rozstałem. I muszę tutaj sobie oddać honor. To nie był mój błąd w sztuce budowlanej. To nie ja popełniłem błąd. Po zdjęciu kabiny prysznicowej wszystko wyszło na jaw. Myszy, szczur, czy inne stwory z ostrymi zębiskami wygryzły kawał płyty OSB, rant kolanka kanalizacyjnego z PCV, tudzież uszczelkę w kanalizacji i zrobiły „porządek” w odpływie z brodzika. Ten porządek to było globalne zalanie, zgnilizna i smród. Ot zwyczaje gryzoni.

Mówiłem już, że kocham budowanie, cieszy mnie kiedy powstaje coś nowego, ale bardzo nie lubię poprawek. A tu praktycznie cała łazienka rozebrana, część materiałów do wyrzucenia. Ręce opadły. Siły wróciły dopiero kiedy usłyszałem przyjacielską radę, żebym do zadania podszedł tak jakby to było całkiem nowiutkie przedsięwzięcie, jakbym budował nową łazienkę. No i poszło. W początkach upływającego tygodnia wszedłem w ostatni etap remontu. Wyjście kanalizacji, które wcześniej owinąłem folią aluminiową, uszczelniłem gipsem zmieszanym z włóknem szklanym, a odpływ brodzika zrobiłem ze sztywnych kształtek. (Kochani! Folia aluminiowa jest najlepszym zabezpieczeniem przed gryzoniami. No, powiedzmy że to wg Google’a, ale póki co sprawdza się):

IMG_20200505_115821601

Jeszcze tylko dzień czy dwa zajęło mi obsadzenie i uszczelnienie kabiny i … łazienka, rzeczywiście, jak nowa:

Nie wiem jak długo będzie tak pięknie. Nie wiem czy przekonałem gryzonie, że nie mają tu czego szukać. Gdyby potrzebowały innych argumentów, to zainstalowałem silny ultradźwiękowy odstraszacz, a przestrzenie przez nie odwiedzane spryskuję specjalnym sprayem. No i zmniejszyłem racje dla kota – niech się Słodziak weźmie bardziej do roboty.

 

Ja też biorę się do roboty – kolejnej. Przedwczoraj rozpocząłem modernizację obudowy studni. Projekt pokazywałem Wam wcześniej. I projekt się nie zmienia, ale za to zakres prac będzie znacznie większy niż planowany. Kiedy zacząłem podkopywać się do dotychczasowej obudowy, okazało się, że tam jest samo próchno. Wszystko się sypie:

IMG_20200510_082029612

Muszę zlikwidować całą dotychczasową konstrukcję, wylać ławę betonową i na niej postawić nową obudowę wraz z kołowrotem i zadaszeniem. Przy okazji zrobię betonowe stopki pod legary podestu, swojego rodzaju tarasu, jaki od strony widocznej na zdjęciu, będzie otaczał studnię. To jest jedno z najbardziej nasłonecznionych miejsc działki i planujemy wykorzystywać je do wypicia przedpołudniowej kawy w miłym towarzystwie.

Dobrze. Poranną kawę koło studni zostawiłem w sferze marzeń, a tymczasem zabrałem się ostro za robotę. Wczoraj przywiozłem z Castoramy z Ełku podstawowe materiały no i … jak to Jola nazwała – kolejną zabawkę. Półprofesjonalna piła tarczowa na stoliku będzie potrzebna do wielu cięć jakie mnie czekają zarówno przy studni, jak i innych elementach architektury ogrodowej, rodzących się w mojej głowie. Dzisiaj, korzystając z pięknej pogody, rozpocząłem montaż maszyny:

Postęp prac wokół studni postaram się pokazać w następnych zapiskach mojego dziennika, a póki co musiałem oddać się, jak co dzień, zajęciom szefa kuchni. Wiem, że jesteście przesyceni moimi przepisami kulinarnymi, więc powiem tylko, że obiad i kolacja były pyszne.

 

P.S. Nie zapominam o kolejnych odcinkach opowiadania „Jak zdobywano dziki wschód”, ale wiecie – spiętrzenie obowiązków. Zresztą co się odwlecze … będzie bardziej smakowało.

Disneyland

Niektórzy z nas, oczywiście ci młodsi, pamiętają zapewne Pixie, Dixie and Mr. Jinks. Z wielu animacji studia W. Disney’a, chyba właśnie te śmieszne myszki i ciągle będący w pogoni za nimi kot z rozczochraną grzywą, pobudzały mnie do największego, szczerego śmiechu. Jeśli w ogóle można jeszcze coś pamiętać z tamtych lat, to utrwaliło mi się to, że czasami pokładałem się ze śmiechu, kiedy na ekranie czarno-białego telewizora widziałem, jak kolejny raz nieporadny kot oblizywał się tylko smakiem i wołał: „Jak ja nie lubię tych myszy!”

Wołanie Mr. Jinks’a przypomniało mi się kilka dni temu, w pierwszy dzień po Świętach, kiedy ochoczo wreszcie zabrałem się do jakiejś uczciwej roboty i kiedy odkryłem przyczynę nienadających się do zacytowania zapachów, które dochodziły od pewnego czasu do mnie, kiedy wchodziłem do apartamentu gościnnego. Zdjąłem podwieszane WC, odkręciłem listwy przypodłogowe, odwinąłem wykładzinę i zobaczyłem:

Kiedy dotarło do mnie, że czeka mnie gruba, brudna robota, zawyłem z bólu: „Jak ja nie lubię poprawek”. Prawie tak samo zawołałem jak Mr. Jinks. Przecież jeszcze nie zdążyłem pochwalić się przed Wami tym co zbudowałem, między innymi właśnie łazienką w Gościnnym, a już muszę ją poprawiać. Kocham kiedy powstaje coś nowego dzięki moim rękom, ale nie jestem zbyt zadowolony (mało powiedziane), kiedy mi się coś nie udaje. Wtedy krzyczę. Tak jak tamtego dnia.

Ale – poprawiać – to jest jednak zbyt delikatne określenie. Kiedy zdecydowałem się dwa dni później na rozbiórkę dużej części tego pomieszczenia, żeby zobaczyć co jest przyczyną tak dużego zawilgocenia, oczom nie mogłem uwierzyć:

Pewnie i zdjęcia nie oddają bezmiaru szkód jakie wyrządza woda. Śmiejemy się z Jolą (bo nic nie jest w stanie zburzyć naszego optymizmu), że to nasze dziewczynki zbyt często i obficie brały prysznic. Jednak nie, to moja nieudolność, moje zlekceważenie newralgicznego punktu, jakim jest odpływ z brodzika, spowodowały to, że teraz będę poprawiał. Ale to nie jest jakaś tam poprawka. Będę przebudowywał łazienkę. Zobaczyliście już zdemontowane ogrzewanie podłogowe, a jutro zabieram się za demontaż kabiny natryskowej i brodzika.

Kiedy budowałem łazienkę w Gościnnym, zamarzyłem żeby do prysznica wchodziło się bez zbytniego pokonywania progów. Oczywiście, ze względu na płytki system kanalizacyjny jaki zrobiłem w dawnym budynku gospodarczym, nie mogłem zrobić odpływu w podłodze, więc zamontowałem dosyć niski brodzik bezpośrednio na kamiennym podłożu budynku, odizolowanym jedynie folią paroizolacyjną. Bardzo mała przestrzeń montażu odpływu z brodzika utrudniała pełną kontrolę tego podłączenia. I teraz właśnie mam tego efekt.

Ale spójrzcie na to z innej strony. Ile razy zdarzyło się Wam powierzyć jakieś prace, jakich ciągle wymagają nasze domostwa, komuś trzeciemu? Ile razy psioczyliście na to, że „fachowiec” nie podołał Waszemu oczekiwaniu? Tak, były nerwy. No bo przerzucanie się odpowiedzialnością zawsze powoduje sytuację stresową. A mnie lekarz, po zawale zalecił abym omijał sytuacje stresowe. Stosuję się od dłuższego czasu do tego zalecenia. Wszystko robię sam. Jakiż to komfort. Jakież to miłe, kiedy możesz sobie wybaczyć nawet największy błąd, a nie musisz (bo nie możesz) poszukiwać winnego. Polecam Wam wszystkim takie działanie. No oczywiście, o ile potraficie być dobrzy dla samego siebie.

Nie, to nie jest żaden egoizm. Jesteśmy istotami fizycznymi, ale każde z nas ma swoją psychikę, która wcześniej czy później zacznie upominać się o jej docenienie. No więc ja wolę wcześniej. Staram się żyć w zgodzie ze swoją Psyche. Daję upust marzeniom, nagradzam siebie za nawet niewielkie dokonania. Wykonując w siedlisku prawie wszystko samemu, nie daję możliwości aby moje nerwy zostały nadwyrężone czczym poszukiwaniem kogoś winnego, innego niż ja sam. A przecież sobie potrafimy wybaczyć tak wiele. No właśnie. Jakiż komfort.

Wracając do sedna, to przypomniał mi się tylko jeden z bohaterów Disney’a w tej konkretnej sytuacji, ale tak w ogóle to animacje, bajki i temu podobne lekkie utwory mają swoje miejsce w moim sercu. Agnieszka pewnie potwierdzi, że w czasie jej dzieciństwa, zaliczaliśmy razem prawie wszystkie tego rodzaju sfilmowane opowieści. I teraz też, niedawno ten sentyment mnie dopadł. W drugi dzień Świąt, kiedy na tym forum przeczytałem piękne życzenia od Madzi i tandemu Oczar, zafundowałem sobie znowu wielkie kino. Tym razem wielkie bajkowe kino z wielką oprawą muzyczną. Obejrzałem, wcześniej nagrany z TV film „Kot w butach”. Ten urzekający, tytułowy szarmancki rudzielec mógłby pewnie zawładnąć sercem niejednej z moich Czytelniczek. Jego wyczyny i rycerskie i opryszkowate i sercowe urzekły również mnie. No, a do tego ta muzyka, te kawałki gitarowe w wykonaniu Rodrigo y Gabriela … Polecam.

IMG_20200418_174419677[1]

 

Święta wiosenne 2020

Wiosna skrada się do nas wielkimi krokami. Już ją gdzie nie gdzie widać. Już wychyla swoją piękną buźkę. A to niebieskie kwiatki w ogródku północnym dają znać o sobie, kiedy przebiśniegi przekwitły. Ale i forsycja zakwita, a hiacynt próbuje być pierwszy przed hortensjami dopiero co (w lutym) przyciętymi:

Bocian samotnik (na razie) szykuje gniazdo:

20200411_153530

I ja też odczuwam wiosnę – no bo czymże jest to moje kichanie. Zapewniam Was, że to nie jest ten wredny wirus. Mam to co roku. W Warszawie to zjawisko było bardziej odczuwalne. Teraz i tutaj daje się żyć. Wystarczy co parę dni tabletka Zyrtec.

Ale nasza wiosna nadchodzi tak wolno, że nie udało mi się zrobić wazonu świątecznego do zdjęcia. Wierzby już przekwitają, a żonkile dopiero co wychyliły łebki. Samotna brzózka (ona jedyna została nad stawem po przesadzeniach sąsiedzkich) też mówi – jeszcze poczekajmy:

W te wiosenne święta 2020, które musimy przeżywać razem z koronawirusem, wszystkim moim Czytelniczkom i Czytelnikom przesyłam cieplutkie pozdrowienia. Najlepsze są dla tych, którzy polubili mojego bloga. Jolu, Ewuniu i Tolku, Elżuniu, Madziu, Agnieszko i Gabrysiu. Dla pani, Pani Agato też te najlepsze.

Świąteczna buźka od emeryta.

 

 

Jak zdobywano dziki wschód (odc. 3)

Pierwsze święta w Bobrowym Siedlisku.

Jeszcze zimowo, więc przyjechać ze stolicy odważyły się tylko dziewczynki i Małgosia. Ale, przecież my tu mieszkamy niemalże po sąsiedzku z bratem. No więc, te pogodne, zapraszające do życia święta, spędzaliśmy w siódemkę. I przy stole (czy widzicie ten dębowy stół – prawdziwe arcydzieło, które udało mi się zdobyć w Ełku) i na spacerze, nasze buźki promieniały już nadchodzącą wiosną:

Z resztą, z tej wyprawy Jola przyniosła kawałek leśnego runa – kępkę niebieskich kwiatków, które teraz, z każdym rokiem coraz piękniej, kwitną nam przed kuchennym oknem.

Muszę Wam coś zdradzić. Lubię humor, napawam się zjawiskami, które niosą mi przesłanie optymistyczne. Ale rzadko udaje mi się przytoczyć humoreski towarzyszące moim pracom w czasie budowy siedliska. A zapewniam Was – było ich wiele. No bo , jak niektórzy sceptycy powiedzą – jak można wytrzymać na tym odludziu?! Otóż można i, co więcej, nie możemy sobie teraz z Jolą wyobrazić innego życia, a co dopiero kwarantanny w mieście. Tak więc przepraszam za brak humoru w relacjach historycznych. Być może uda mi się w relacjach bieżących nadrobić ten temat.

Wróćmy do historii, do tego jak zdobywaliśmy dziki wschód. Ale. Cóż za przewrotna nazwa całej tej opowieści. Przecież więcej dzików teraz jest w Warszawie czy w Krynicy Morskiej niż tutaj.

No dobrze może nie taki dziki, może nie taki wschód, bo kiedy spojrzycie na mapę, to jesteśmy bardziej na północ niż wschód. No i goście nie muszą się tłuc do nas dyliżansem tygodniami, lecz wsiadają w samochód, pociąg czy autobus i już po 4-5 godzinach witamy się.

Podobnie było w pierwsze Joli imieniny. Biesiada nie da się opublikować, ale zobaczcie te roześmiane buźki w restauracji u podnóża Góry Gołdapskiej:

DSC_0003

Nie od parady ten ośrodek ma nazwę Piękna Góra, choć dla niektórych czytelników nazwa może stać się z czasem nudna – miejsce będzie się powtarzać wielokrotnie.

Koniec. Żebyście nie twierdzili, że chwalę cudze, a swojego nic nie mam, pokażę jak w lipcu 2016 budowano staw. To miało być oczko wodne. I w czasie kopania – było. Ale wody tam cały czas przybywało i dalej przybywa:

a jak jest teraz, widzicie w tytule bloga. Mało tego, oczko dziwnie jakoś zarasta całkiem dziko – trzciną, pałką, wierzbą, brzozą. Ryby jakoś tak nie chcą słuchać tego, kto je tam wpuszczał, tylko – głupie – lądują w żarłocznej paszczy wydry. Bobry za nic mają westchnienia gospodarza i jego jęki, kiedy wpada do kolejnych bobrowych podkopów. Dzicz, istna dzicz.

Połowa roku 2016. Przyszedł czas, że w końcu dotarło do mnie – jeśli chcę podziwiać te, zgromadzone wokół cuda przyrody, to muszę widzieć. Uznałem, że powinienem zająć się zaćmą, a prace fizyczne w siedlisku odłożyć. Niestety, to odwlekanie trwało bardzo długo. Najpierw jedna operacja, potem druga, by za dwa lata iść do poprawki. Tak to jest – SKS.

Póki co, pod koniec sierpnia, z wielką pomocą Zbyszka, uruchomiliśmy kominek:

DSC_0044

We wrześniu, rzutem na taśmę, zdążyłem wytyczyć w gęstwinie i wykonać drogę nad staw. Turek w każdej operacji był największym pomocnikiem:

 

No i najważniejsze. Za namową Joli odstąpiłem od pomysłu, żeby samemu wykonać zabudowę kuchni. Zleciliśmy ją do wykonania, według mojego projektu, profesjonalnej firmie z Suwałk:

 

Wyszło fantastycznie. Przecież ja w tym pomieszczeniu spędzam mnóstwo czasu i ciągle jestem zadowolony z tego rozwiązania. To najlepsza nagroda. Również dla Joli, że odwiodła mnie od pomysłu budowy kuchni samemu. Przecież przez te operacje okulistyczne, kuchnia może by była za dwa lata. Już nie wspomnę o precyzji wykonania. Nie, to nie jest tak, że ja jestem zbyt mało precyzyjny. Owszem. Jednak ja nie mam takich profesjonalnych narzędzi.

No dobra. Wytłumaczenie zawsze się znajdzie.

Koniec września. Klinika w Suwałkach. Profesor robi mi nowe oko. Koniec października. Klinika w Suwałkach. Profesor robi mi witrektomię w tym samym oku. No i …

No i kilka miesięcy bez ruchu. No powiedzmy bez wysiłku. Ja to nazwałem okresem siedzenia w fotelu.

 

Na pocieszenie pokażę Wam mojego nowego towarzysza, który pojawił się w tym ciężkim okresie i który zechciał ze mną zostać tutaj na tym dzikim wschodzie. Najpierw malutkiego, który przyjechał ze mną siedząc mi na ramieniu, w samochodzie. Potem, tydzień później, z Turkiem na wspólnym spacerze i dwa miesiące później – już w pełnej komitywie – wspólnie na fotelu:

To Agnieszka wybrała mu imię. Słodziak.

Buziaki dla wszystkich czytelniczek, ale, jak to napisał Oczar – całujmy się bez podawania rąk.

 

P.S. Na życzenie czytelniczek, tych najmłodszych, ale też może i czytelnicy coś z tego wyniosą – kto wie? Przepis na pyszny chlebek pieczony w warunkach kwarantanny. Oczywiście jest to moje autorstwo i, w ogóle, możecie ten przepis, nawet z modyfikacjami wykorzystywać w każdych innych warunkach. Powodzenia.

Aha. Miał być przepis, a ja poprzestałem na samym jego wspomnieniu. No to:

Odmierzamy 1/2 l wody (najlepsza temperatura – ok. 37/38 stopni). Do osobnego kubeczka proszę wrzucić 1/8 kostki drożdży, ćwierć łyżeczki cukru i trochę z odmierzonej wcześniej wody. Do naczynia do mieszania ciasta wsypujemy 1/2 kg mąki (mąka pszenna da Wam chlebek lekki, pszenny, ale pełen smaku), (mąka pszenna pełnoziarnista jest bazą dla chleba razowego, również pyszennego, jednak bardziej ciemnego – co kto lubi – smaki są podobne). I teraz proszę o cierpliwość. To nie piekarnia. Tu się wyrabia chleb! To trwa!

Do naczynia z mąką wsypuję po 1 i 1/2 łyżki stołowej, kolejno: siemienia lnianego, płatków owsianych, ziarna słonecznika, a także czubatą łyżeczkę soli. Kiedy drożdże zaczną pracować, wlewam je do naczynia z mąką i ziarnami. Wlewam tam też resztę z odmierzonej wody. Całość mieszam aż uzyskam odpowiednią, dosyć gęstą konsystencję (można dodać trochę letniej wody). Naczynie z wstępnie przygotowanym ciastem odstawiam w ciepłe miejsce na ok. 1/2 godziny.

Przygotujmy foremkę dla ciasta. Dla mnie najlepsza okazała się wcale nie najmniejsza, foremka do wypieku pasztetu świątecznego. Próby wypieku chleba bez papieru do pieczenia skończyły się kompromitacją, więc polecam jednak wyłożyć foremkę papierem do wypieków. Ciasto, które wstępnie powinno zacząć rosnąć w pierwotnym naczyniu, nakładam do foremki. Łyżką drewnianą rozprowadzam ciasto w foremce, polewam około 3 łyżeczkami oliwy i dalej rozprowadzam. Na koniec posypuję pestkami dyni – radzę lekko je wcisnąć w ciasto. Foremkę z ciastem przykrywam serwetką i odstawiam na ok. 40 minut w ciepłe miejsce, żeby urosło. Ja w tym celu rozpalam kominek i ciasto stawiam nad nim.

Piekarnik musu być wcześniej maksymalnie nagrzany. Foremkę wkładam do piekarnika. Włączam 180 stopni, termoobieg, czas 1 godzinę i czekam. Po upływie zadanego czasu, czekam jeszcze ok. 5 minut i otwieram. Oczywiście nie jem gorącego chleba, choć chciałoby się. Wystarczy, że zjecie go po ostygnięciu z masełkiem lub smalcykiem. Smacznego.

Aha. Jeszcze coś. Jeśli nie chcecie, żeby skórka była zbyt chrupiąca, proszę wstawić na spód piekarnika małe naczynie żaroodporne z wodą.

 

cdn.

Jak zdobywano dziki wschód (odc.2)

Kilka dni po przywitaniu Nowego Roku 2016, nadszedł czas na uczciwą robotę w naszym siedlisku. Żeby nie Sławek, to pewnie do tej pory grzebałbym się jeszcze w tamtych pracach.

Na początek poszła wymiana ocieplenia dachu budynku mieszkalnego i docieplenie stropu nad poddaszem. Miejsca między stropem a dachem niewiele, a my musieliśmy usunąć pogryziony przez myszy styropian i w jego miejsce wcisnąć wełnę. Oczywiście wełnę od poszycia dachu oddzieliliśmy folią paroprzepuszczalną, natomiast pod wełnę na stropie ułożyliśmy folię paroizolacyjną. Strasznie niewygodnie – wszystkie prace w kucki, na kolanach, na deskach przesuwanych po legarach stropu. Schudliśmy wtedy obaj, ale poddasze zyskało wyraźne docieplenie.

Następnie przyszedł czas na przecięcie lasu. Zawczasu złożyłem wniosek do Gminy o zezwolenie na cięcia i, kiedy tylko była zgoda, piły poszły w ruch. A było co robić (cytat z decyzji wójta):

orzekam

1. Zezwolić na wycinkę 400 szt. sosen o pierśnicach: 100szt. – 65 cm, 100szt. – 50 cm, 100szt. – 40 cm, 100 szt. – 30cm, 50 szt. brzóz o pierśnicach: 15 szt. – 50 cm, 15 szt. – 40 cm, 20 szt. – 30 cm, 30 szt. świerków o pierśnicach: 10 szt. – 50 cm, 10 szt. – 40 cm, 10 szt. – 30 cm, oraz 100 m2 krzewów …”

Oczywiście w zezwoleniu podano ilości olbrzymie, maksymalnie dopuszczone do wycinki spowodowanej wymogami sanitarnymi, ponieważ ich dokładne przeliczenie było niemożliwe. W poprzednim odcinku, na zdjęciu mogliście zobaczyć jak Agnieszka przedzierała się przez gęstwinę sosen. Z sąsiedniego pola to tak wyglądało:

P1030364

Teraz to miejsce wygląda zupełnie inaczej:

Przed wiosenną porą gnieżdżenia się ptaków musieliśmy prace przerwać. W kolejnych latach, zawsze w sezonie jesienno-zimowym, przerzedzam to nasze zadrzewienie, już samodzielnie. Wyobraźcie sobie, że z tych wyciętych młodych sosenek, w następnych latach ledwie część zużyłem na paliki 300-metrowego ogrodzenia, bramę i furtki, a i tak jeszcze wiele ich czeka na wykorzystanie jako budulec do planowanej przeze mnie małej architektury w ogrodzie i nad stawem. Co roku wycinam też kilka ze zbyt gęsto rosnących świerków, z których pnie również stanowią cenny budulec, a najładniejsza szczytówka ubierana jest jako świąteczna choinka:

DSC_0159

Na przełomie stycznia i lutego 2016 miałem pierwszych gości. No dobrze, to to tylko moje dziewczynki, Agnieszka i Gabrysia. Ale powiem Wam – każdy gość umila mi to zesłanie, które sobie wybrałem – a dzieci w szczególności. Dlatego na czas ich pobytu zarzuciliśmy prace i zaczęliśmy zwiedzać bliższe i dalsze okolice:

Zobaczycie później, że dziwnym trafem, każdy nasz gość musi obowiązkowo obejrzeć mosty w Stańczykach (zabytek klasy światowej) i wejść lub zjechać z Góry Gołdapskiej, u której podnóża znajduje się knajpa (no nie, restauracja) dumnie nazywana przez właścicieli instytutem kartacza. O kartaczach będzie jeszcze, a teraz powiem, że tamtej zimy nie pojeździliśmy na nartach, ale zmierzyliśmy Górę tam i z powrotem, a potem próbowaliśmy smakołyków instytutu: ja zjadłem kartacze, a dziewczyny – wtedy ortodoksyjne wegetarianki – babkę ziemniaczaną, oczywiście z piwem (ja z bezalkoholowym):

Wiosną zacząłem marzyć o ucywilizowaniu rozlewiska w dole naszej działki – nieużytku zasilanego ciągle wodą opadową i, zapewne również, gruntową. Zgłosiłem do powiatu plan zrobienia oczka wodnego w tym miejscu:

W czasie kiedy urząd zastanawiał się nad moim zgłoszeniem, ja zacząłem prace wewnętrzne. Dźwięk piły tarczowej która cięła płyty meblowe na szafy garderoby, niestety zakłócał wiosenne cudowne brzmienie przyrody. Równolegle powstawały plany zagospodarowania budynku gospodarczego, plany zabudowy kuchni w budynku mieszkalnym i …

Zachciało mi się nowych okularów. Wizyta w salonie optycznym skończyła się tym, że dowiedziałem się o postępującej zaćmie, która niestety mocno wpłynęła na harmonogram naszych planów, o czym, żeby nie psuć dobrego nastroju niniejszego odcinka, opowiem później.

… cdn.

Nie dajmy się

Podziwiam tych wszystkich, którzy muszą spędzać tę ogólnokrajową kwarantannę w mieście. No i, do tego jeszcze, bez odpowiedniego zaopatrzenia. Poza służbami medycznymi, na piedestał powinny dostawać się teraz służby zaopatrzeniowe.

Tato był kwatermistrzem w tamtych niebezpiecznych czasach, a ja, zapewne to jest sprawa genów, też coś z tego przejąłem. Zorganizowałem sieć zaopatrzeniową, która dba o to żeby nie zabrakło. Oczywiście nie mówię tylko o mleku. Ale, jednocześnie, nie posądzajcie mnie o tak dalece idącą frywolność, żebym mógł pozwolić sobie na niedbałość o rodzinie, o naszym domu.

W naszym domu niczego nie brakuje. Spójrzcie tylko na fotki. W sobotę przygotowałem wegetariańskie szaszłyki i bezmięsny farsz do kartofelków na ognisko:

W niedzielę było już dziwnie, z zabezpieczeniami.

Co się stało?

W sobotę wieczorem miałem sąsiedzką dostawę jajek. Sąsiad uświadomił mi, że ten cholerny chiński wirus dopadł już nasz powiat. A ja myślałem, że Mazury Garbate są enklawą. Okazuje się, że jesteśmy na pierwszej linii frontu i musimy walczyć.

No to walczymy. W niedzielę, sami z Jolą, już tylko we dwójkę (no bo jeszcze niech no spróbują nie pozwolić ściskać się za rękę małżonkom), zrobiliśmy ognisko. Spalania zalegającego chrustu było niewiele, bo kierunek wiatru był bardzo zmienny, ale za to pieczenie szaszłyków i zagrzebanych w popiele kartofelków wyszło wspaniale:

Przy okazji, zobaczcie: Zdążył przylecieć do nas bocian. Kot (Słodziak) dopadł i pożarł na naszych oczach jakiegoś olbrzymiego gryzonia – Jola powiedziała, że to było tak, jakbyśmy my skonsumowali małego prosiaczka.

No i przyszedł wieczór. A cóż można robić wieczorem w stanie wojennym? Spiskować albo piec chleb. Jestem za stary na to pierwsze, więc upiekłem. Tym razem inaczej, z mąki pełnoziarnistej. Strach był, bo zupełnie inaczej ciasto wyrastało. Mało tego, ciepły mniej smakował niż następnego dnia, po ostudzeniu, z masełkiem. No, pycha. Ale nie będę się przechwalał. No bo jakże to tak.

 

Tego następnego poranka, a to było dzisiaj, już chciałem się wziąć się za mycie okien, ale nagle nabrałem ochoty na coś innego. Okna są zapisane w kolejce przedświątecznych robót, ale też i zaoranie grządek pod sadzonki winogron, które już puszczają pąki:

IMG_20200406_183736902

Tego dzisiejszego ranka przyszła mi nagle, nie wiem dlaczego, chęć na zupełnie coś innego. Nie będę Wam opowiadał o wszystkich moich chęciach – to byłoby zbyt nudne. Wszelako dzisiaj opanowała mnie nieodparta chęć podzielenia się moją wrodzoną dobrocią z naszym ogrodem, a ściślej mówiąc z warzywnikiem i jagodnikiem. Ot tak mnie coś naszło. Czasami mi się to zdarza. Bardzo lubię takie stadium. Ono jest wyjątkowo twórcze – czasami doprowadza do tego, że, nagle, poziomki z warzywnika lądują w jagodniku, czyli tam gdzie ich miejsce, a warzywnik będzie miejscem gdzie posiejemy lub zasadzimy marchewkę, pietruszkę, pora, selera, cukinię, ogórki, pomidorki, sałatę, fasolkę, koper, szczypiorek. Pewnie nie wymienię wszystkich dóbr wyrastających z ziemi, bo jestem tylko jakimś tam inżynierem a nie rolnikiem, czy sadownikiem, ale bądźcie pewni, każde dzieło inżyniera w ogrodzie przynosi co najmniej takie samo zadowolenie, jak kontaktowanie się z Wami za pomocą tego bloga.

Dlatego, upajając się samemu dziełem, pokażę Wam również to czego dokonałem dzisiaj:

Prościzna. Ot, zaorałem kolejną  grządkę i przesadziłem poziomki z warzywnika do jagodnika, a warzywnik spulchniłem moją glebogryzarką. Moja glebogryzarka miała też przyjemność popracować w sąsiedztwie.

Ale. Co właściwie chciałem Wam przekazać?

Chciałem Wam powiedzieć: nie dajmy się! Nie dajmy się jakiemuś tam wirusowi. Nie dajmy się ograniczeniom swobód. Jesteśmy sobą. Każdy, czy każda z nas. Czytajmy, wyobrażajmy sobie świat taki jaki byśmy chcieli mieć wokół siebie. Piszmy, malujmy, możemy też rzeźbić nasze wyobrażenia. Do woli. Pełna demokracja.

Wiem, w stanie wojennym te hasła mogą zostać wykasowane, ale, póki co namawiam Was do … optymizmu. Jutro będzie lepiej. Zapewniam Was – ja senior – dawajcie otoczeniu to co macie najlepsze, a otoczenie odda Wam w dwójnasób.

Ściskam mocno wszystkich, którzy trwają przy mnie.

Nie dajmy się.

 

 

3 kwietnia 2020

Przepraszam wszystkich Czytelników, a przede wszystkim Czytelniczki.

Dzisiaj walczę znowu z edytorem mojego bloga. Od czasu do czasu przełącza mi się na jakieś nowatorskie formy, które mi nie odpowiadają, nie mówiąc o tym, że gubią gdzieś w przestrzeni wirtualnej niektóre polskie litery. I tak musiałem korzystać z pomocy Agnieszki, żeby w ogóle móc zacząć pisać (dzięki Myszko), a tu mój szanowny blogodawca podsyła mi coraz to nowsze rozwiązania.

To nie dla mnie. O ile w spojrzeniu na świat, wydaje mi się, jestem postępowy, o tyle w pewnych codziennych rozwiązaniach technicznych, organizacyjnych, porządkowych, itp., jestem konserwą nie do przebicia. Kiedy się do czegoś przyzwyczaję, trudno zmienić moje upodobania. Nawet w kwestii małżeństwa stałem się konserwatystą. No bo jak można nazwać to, że Jola wytrzymuje z moimi przyzwyczajeniami już ponad 33 lata.

Ale. Zacząłem od przeprosin, a one związane były właśnie z Jolą. Otóż zacząłem Was przepraszać, ponieważ już wczoraj miałem coś napisać. Coś dla pokrzepienia serc. Nie, jeszcze nie kolejny odcinek serialu, ale zawsze… No i się zaczęło. Popłakałem się jak bóbr. Jak ten stary bóbr z mojego stawu, który opowiada mi historyjki ze swojego życia – czasami śmieszne, a czasami wyciskające łzy z oczu. No, chociażby przy jego opowieści o przyjaźni z piękną wydrą, gdzieś w sierpniu zeszłego roku, płakałem razem z nim. Prawda, że nieczęsto mi się zdarza żeby rozumieć głos zwierząt, które są tu wszędzie. Jednak … przy odpowiedniej ilości … i porze dnia, bywa tak.

Cichutko dopowiem jeszcze, że rozumienie zwierząt jest tym bardziej możliwe, im więcej publikacji pani Olgi Tokarczuk przeczytamy. Polecam.

Nie jest dobrze. Zauważam, że nie jest dobrze, bo dziennik, jak światowo nazywam swoje zapiski, powinien być zwięzły, krótki, ściśle relacjonujący ważne wydarzenia. A tu co? Rozpisuję się o jakichś banialukach. Meandruję gdzieś w zakolach swoich myśli.

Przywołuję się do porządku! Koniec, wracam do tematu. Przepraszam, że wczoraj nic nie napisałem, ale kiedy usiadłem do komputera, rozrzewniłem się. Łzy szczęścia lały się na klawiaturę i nic z pisania nie wyszło. Tak, łzy szczęścia, które dopadło mnie wczoraj. Na które czekałem ponad 33 lata. No już dobrze, przyznam się. Wczoraj usłyszałem wyjątkowo ciepłe słowa od Joli. Usłyszałem, że Jola nie wyobraża sobie życia z innym mężem, że co by beze mnie teraz zrobiła i … takie tam. Rozbroiło mnie to zupełnie. No bo powiedzcie sami czymże sobie zasłużyłem na takie względy. Czy tym, że coś tam upichcę od czasu do czasu? (tak już od ponad dziesięciu lat). Czy tym, że zrobię pranie, zmywanie, czy sprzątanie? Czy tym, że coś tam wybuduję, albo – kiedy trzeba – naprawię? Nie. Pewnie tym, że jesteśmy razem. I to teraz, kiedy panuje niewidoczna zaraza, a Jola ma w związku z tym nieprzewidzianą w umowie ilość pracy (jest specjalistą od spraw pracowniczych i kontaktów z ZUS w swojej korporacji). Jakie to szczęście, że udało mi się przywieźć Jolę z Warszawy trzy tygodnie temu. Jak widać (jeszcze żyjemy), nie przywieźliśmy wirusa ze stolicy, a tutaj naprawdę trudno go złapać z otoczenia, które jest nam wielce przyjazne.

Właśnie przed chwilą z najbliższym otoczeniem wymieniliśmy się informacjami, jakie uzupełnienie przywieźć ze sklepu. I to jest wielka rzecz. Pomagajmy sobie. Nie dajmy się. Zostajemy sami w domach, ale nie jesteśmy sami.

P.S. Chcę uspokoić wielbicieli seriali. Kolejny odcinek „Jak zdobywano dziki wschód” będzie. W swoim czasie. Już niebawem. Uwierzcie mi, zebranie materiału dowodowego sprzed kilku lat, nie jest prostą sprawą.

Pozdrawiam wszystkich.

 

W oczekiwaniu na kolejny odcinek serialu

No i jak to jest? Jeszcze rano, kiedy jechałem do miasta, wiedziałem co mam napisać. Jeszcze, kiedy po obiedzie poszedłem z Turkiem i Słodziakiem na spacer, jasno w głowie widziałem tekst – porywający, motywujący, trochę przekorny. I co? Usiadłem do klawiatury i nie wiem jak zacząć, co mam powiedzieć, co napisać? Uwierzcie mi, czasami przychodzi taki moment.

Pogłośniłem radio, oczywiście RMF Classic. Nalałem lampkę brandy. I … już wiem.

Chciałem napisać, że przedwczoraj był czarny dzień dobrej muzyki. Najlepsza muzyka filmowa traci duszę, traci ikonę, traci muzę. W czasie cotygodniowej prezentacji listy przebojów muzyki filmowej, pani Miśka-Jackowska ogłosiła, że żegna się ze słuchaczami Listy Przebojów. Będziemy cierpieć. Będziemy tęsknić za najsympatyczniejszym głosem tej rozgłośni (chociaż Jola mówi, że najładniejszy głos ma pan Dariusz Stańczuk).

Ale, żeby nie pozostawać w smutku zbyt długo, to już następny dzień mnie sowicie wynagrodził. Otóż okazało się, że moje grafomaństwo sięga aż pod Tatry, do samego Krakowa, do siedliska mojej muzyki. Tak bardzo sięga, że doczekałem się polubienia. Z resztą wiem dlaczego. Polubiony wpis mówił między innymi o czwórce sympatycznych gilów, które na jaśminowcu pod moim oknem zrobiły mi teatrum.

Pani Agato, zapewniam że i inni towarzysze mojej doli są równie sympatyczni. Pozdrawiam.

Jeszcze raz odwołam się do Pani, pani Agato. To polubienie (cały czas nie mogę uwierzyć, super) sprowokowało mnie do tego żeby spojrzeć w statystyki mojego pisarstwa. Okazuje się, że sięgam już do Wielkiej Brytanii (wiem, pewnie Madzia, ale żeby 90 otwarć jednego dnia?!), ale i do Irlandii, no i okazuje się, że i do Hiszpanii sięgają moje macki. To już zakrawa na działania jakiejś ośmiornicy. Oby nie tej politycznej.

Jak już zacząłem o polityce, to powiem, że pojechałem dzisiaj do naszego jedynego miasta w powiecie. Po zakupy. Panie premierze, a po cóżby innego.

Mimo, że Biedronka obiecywała mi w SMS-ach pierwszeństwo w kolejkach dla seniorów, to nic takiego nie zauważyłem. Ot, może wyglądam nie najgorzej!

W drodze powrotnej do domu, w moim radyjku chciałem wysłuchać wieści ze świata. A tam tylko koronawirus i to w wersji krajowej. Usłyszałem, że tacy 65+ mają pojawiać się w sklepach między 10-tą i 12-tą. A tu godzina 13-ta z minutami. Więc chyłkiem szybko do domu, żeby nie trafić do aresztu. Pomału, zaczynają się chyba nam kłaniać i Franz Kawka i Orwell.

Dobra, koniec złych wieści.

Skorzystałem z tego, że byłem w mieście pierwszy raz od tygodnia i pofolgowałem sobie. A co? Zakupy w Biedronce to normalka, ale nie poprzestałem na tym. W KRAM-ie zdobyłem kotwy do osadzenia w betonie słupów konstrukcji obudowy studni, a w ogrodniku zakupiłem kilka worków ziemi i nawozu do warzywnika. Ot będzie co robić w tej ogólnonarodowej kwarantannie.

Pozostańmy w domach, ale nie dajmy się.

Pani Agato, myślę że można i prawdziwie i optymistycznie.

Pozdrowienia dla wszystkich Czytelniczek i Czytelników też.

P.S. Drogie moje Czytelniczki, ale i Czytelnicy też, mój serial to nie jakaś tam telenowela codziennie zaburzająca rodzinny rytm. To jest szanujący się serial z odcinkami cotygodniowymi, no i pewnie z jakimś tam końcem. Ale, póki co, kolejny odcinek jest w montażu.

Jeszcze raz pozdrawiam wszystkich.

Jak zdobywano dziki wschód (wstęp do odc. 2)

Dzisiaj był drugi wypiek. Te same składniki. Może trochę inne proporcje, bo przecież rzecz polega na ciągłym doświadczaniu. Również zupełnie zmieniona technologia wypiekania. A efekt:

Super.

Muszę jeszcze trochę popracować nad technologią (temperaturą i czasem wypieku) i będę startował o mistrzostwo świata.

No dobrze już kończę, bo Panowie się niecierpliwią, czekają na kolejne odcinki o jakimś budowaniu, czy coś w tym rodzaju. Dziwne, prawda? Tu takie pyszne rzeczy na stole, a oni tylko o jednym. Tylko rżnięcie, rąbanie i zalewanie (betonem) im w głowie.

No już wyłączam się. Pozdrawiam wszystkie Czytelniczki i zniecierpliwionych Panów też. Kolejny odcinek serialu już za chwilę.

Jak zdobywano dziki wschód (odc. 1)

No dobra, chcieliście to macie. Za słodko było. Za dużo było kulinariów. Za mało było budownictwa. No to …

-1-

Kiedy to się zaczęło? Dokładnie nie pamiętam. Z resztą nie sposób taki moment opisać dokładnie. Historycznie przypominam sobie, że kiedyś w młodości – chyba miałem wtedy z pięć lat – upadłem na głowę. (Elu, pamiętasz?).

Może to jest skutek tamtego upadku, a może mi coś odbiło później? Wszelako jakieś dziesięć lat temu, po ciężkim upadku moich przedsięwzięć gospodarczych, tudzież zawale zdrowotnym, zachciało mi się. Zachciało mi się żyć. Ale nie wegetować, tylko żyć … tak na prawdę.

Po fiasku, jaki odczułem prezentując moim dziewczynom po raz pierwszy myśl przewodnią – pomysł na dalsze nasze życie (jakiż to drobny ułamek wspólnego kosmosu?), nie odpuszczałem. Przekonywałem, namawiałem, a w tym czasie zdążyłem coś zbudować – Agnieszki mieszkanie na Regatach. Od stanu deweloperskiego, wszystko sam. No nie, Jola pomagała mi obsadzić drzwi wewnętrzne, bo nie mogłem sam utrzymać. Instalacje elektryczne i hydrauliczne, podłogi, ściany, cała łazienka, kuchnia, montaż urządzeń, duża część mebli – to moja robota. No a ogródek, to już zupełnie było moje oczko w głowie. Podwyższenie gruntu o 3,5 m3 ziemi, ogrodzenia, nasadzenia, pielęgnacja. Nagrodą dla mnie było zastanawianie się pierwszego potencjalnego kupca na to mieszkanie, raptem pół godziny. Nagrodą dla Agnieszki było uzyskanie ze sprzedaży oczekiwanej kwoty bez zbędnego targowania się. Zobaczcie, przypomnijcie sobie, jak wyszło:

Prace przy tym mieszkaniu traktowałem w dużej mierze jako wprawkę do tego, co mnie czekało w wymarzonej przyszłości.

A potrafiłem marzyć. Jola i Ela miały okazję poznać część moich marzeń, które zacząłem spisywać w zbiorze opowiadań „Linowe Siedlisko”. Nawet zacząłem przenosić swoje marzenia na papier przy pomocy ołówka:

DSC_0507

 

Niektórzy już wiecie, że jestem bardzo upartym człowiekiem. W końcu – J’m Capricorn.

Drążyłem dalej ten twardy kamień. I wydrążyłem. Jakieś sześć lat temu zaczęliśmy z Jolą poszukiwania przystani na naszą starość. Zawsze byliśmy obieżyświatami, ale w ciągu półtora roku zwiedziliśmy tyle potencjalnych miejsc naszego zaczepienia na starość, że niejeden przewodnik nie poniósłby tej wiedzy. Nie zastąpię teraz przewodnika, ale pokażę Wam kilka wyrywkowych polskich krajobrazów, które zdążyliśmy przed podjęciem ostatecznych decyzji, utrwalić na matrycy naszego aparatu.

W lipcu 2014 roku rozpoczęliśmy od rodzinnego odnajdywania szczęścia oraz natchnienia nad Zalewem Czorsztyńskim i w Pieninach:

Szukaliśmy słońca w czasie jego zaćmienia w marcu 2015r. w Krynicy Morskiej:

Kilka tygodni później, 1 i 2 maja oglądaliśmy górskie posiadłości i zdobywaliśmy szczyty Beskidu Małego:

Jeszcze w końcu tego samego miesiąca odwiedziliśmy Kurpie:

By za dwa tygodnie obchodzić Joli imieniny tylko we dwójkę na Roztoczu:

I dwa miesiące później, już w trójkę, wczasowaliśmy się w Słowińskim Parku Narodowym:

Po powrocie intensywnie poszukiwaliśmy swojego miejsca do osiedlenia na Warmii i Mazurach.

I, w końcu, moja nieodżałowana Bratowa, przy kolejnym pobycie u nich w Borkach, wskazała nam siedlisko do kupienia, oddalone od nich nieco ponad 3 km.

Nie było długiego zastanawiania się. Z resztą ostateczną decyzję podejmował inwestor – Agnieszka. Kiedy przyjechała z nami w to nasze przyszłe zacisze, kiedy przeczołgała się (ot, harcerka) przez zapuszczony lasek:

6219553371273499442

Kiedy Agnieszka powiedziała – bierzemy, to w ciągu miesiąca załatwiliśmy wszystkie formalności.

 

Elu, Andrzejku. Czy pamiętacie tego pierwszego Sylwestra 2015 i Nowy Rok 2016 u nas, przy zabytkowej „kozie” w kuchni? … Niestety, przy kolejnych powitaniach nowych roczków, już nie wszyscy się spotkamy. Ale, cały czas pozostańmy dobrej myśli. Jeszcze nas trochę zostało, a mamy do zdobycia wszystko co sobie wymarzymy.

… cdn.

Jak zdobywano dziki wschód (słowo wstępne)

Przedwczoraj zobaczyłem pierwszego bociana. Wczoraj upiekłem pierwszy w życiu chleb. Dzisiaj pierwszy raz w tym roku opalałem się. A więc czas zacząć. Zapraszam Panie do tańca, a Panów – cóż – na ławeczkę, proszę zasiądźcie i czytajcie – jak zdobywano dziki (wcale nie taki dziki) wschód, dokładniej północny wschód Polski, a jeszcze bardziej precyzyjnie – Mazury Garbate. Zapraszam do oglądania, czytania i komentowania serialu wszechczasów.

Gwoli ścisłości. Autor, z oczywistych powodów, nie może wziąć odpowiedzialności za to, że w czasie emisji serialu przyjdą na świat nowi obywatele, że upadną rządy, że zmieni się klimat. Zastrzegam się również, że wszelkie skojarzenia z osobami Wam znanymi mogą być prawdziwe.

 

A teraz, jak każe staropolski obyczaj witam czytelników chlebem i solą. W dobie krajowej kwarantanny zróbmy to zaocznie. Każdy zapewne ma w domu sól. Przygotowana. Dobrze.

Chleb obejrzyjcie. Specjalnie upieczony na tę okazję przeze mnie (pierwszy raz w życiu). Jola mówi, że mogę nie jeździć więcej do sklepu. Chce jeść tylko taki chlebek. Ja, przekora, zdradzę, że mam zamiar popróbować jeszcze wiele innych przepisów (zauważam dopiero teraz, że rodzajów chleba jest więcej niż rodzajów i sposobów przyrządzania jakiejkolwiek innej potrawy):

No to dzielmy się chlebem. Dzielmy się też wiadomościami, uczuciami, spostrzeżeniami. Zapraszam do czytania i komentowania.

Zaczynamy. Odcinek pierwszy, a potem będzie jeszcze wiele kolejnych. Trzy, dwa, jeden, start:

A teraz dla pana Zdzisia … co się tuż przed chwilą przysiadł

Ja wiem. Apetyt wzrasta w miarę jedzenia. A jedzenie coraz bardziej wytrawne, więc nic dziwnego, że pan Zdzisiek właśnie się do nas przysiadł.

Panie Zdzichu, to jest bardzo proste. Bierzemy najładniejsze kokilki jakie mamy, napełniamy je czymś pysznym i zapiekamy. Proszę tylko nie zapomnieć, że w wersji wytrawnej, zamiast miodowego sera, wcieramy ser ostry, paprykowy, najlepiej z chilli.

Prawda, że to nie jest trudne? Smacznego.

P.S.1. Pierwszy odcinek serialu już niebawem.

P.S.2. Pozdrowienia dla silnej grupy OCZAR.

Dla pana Mietka … od sympatycznej …

Panie Mietku, nie martw się. Jeszcze żyję i serial o budowaniu pojawi się już wkrótce. Lada dzień. Może nawet wcześniej. Pierwszy odcinek jest już w montażu. Ale przedtem jeszcze przez moment będę dręczył kuchnią. No bo cóż może być przyjemniejszego od dobrego smaku. Dobry smak jest potrzebny w kuchni, ale też i w sposobie ubierania się i w zachowaniu się w towarzystwie i w krytykowaniu innych i … Pewnie znajdzie się ten co uzupełni wielokropek, ale mnie nie o to chodzi.

Mnie chodzi o to, że mam jeszcze dzisiaj coś kulinarnego do przekazania. Przepraszam panie Mietku, proszę wyjść – dobrze – niech tego nie czyta.

No już bez pana Mietka. Mogę teraz Wam zdradzić, że wczoraj z Jolą zrobiliśmy sobie prezent, a dziś była jego pierwsza konsumpcja. Nie, nie zjedliśmy ceramiki. Ale po kolei.

Chcę po prostu się pochwalić naszym nowym nabytkiem. Kulinarnym nabytkiem, ale jakże pięknym, wręcz artystycznym, ale nie do zjedzenia. Zaraz zobaczycie. To jest feria barw i kształtów. To jest kolekcja foremek do indywidualnych zapiekanek, o której od dłuższego czasu marzyłem i dopiero wirus sprawił, że znalazłem to co chciałem:

DSC_0506

Więcej takich artystycznych ślicznotek po sąsiedzku, za płotem.

 

Zwlekałem cały dzień z prezentacją naszej zdobyczy, ponieważ chciałem przedstawić równocześnie zawarty w niej smak. Wczoraj były inne posiłki, ale na dzisiaj zaplanowałem zapiekankę w tych nowych miseczkach. W ogóle to powiem Wam dziewczyny (bo pan Mietek i inne chłopaki pewnie mnie nie czytają), że apetyt na zapiekanki złapałem już bardzo dawno. Kiedyś, jeszcze w Warszawie (tam było multum różnych kanałów w telewizji kablowej), obejrzałem na jakimś kanale sportowym wywiad z naszym najsłynniejszym alpejczykiem, Andrzejem Bachledą, w którym pan Andrzej zaprezentował zapiekankę na ziemniaczkach z całą gamą francuskich serów. Od tego momentu to mam.

Oczywiście nie jesteśmy we Francji, granice też zamknięte, ale Polak potrafi. Sięgając do zapasów, również tych szkockich, udało mi się zrobić dzisiaj zapiekankę w kolejnej, chyba nienazwanej wersji. Tego nie potrafię opisać, dlatego posłużę się zdjęciami. Krótko: na spodzie pokrojone, podgotowane ziemniaczki, sos pomidorowy, serek pleśniowy, następnie podsmażone warzywa, a górą ten właśnie regionalny brytyjski produkt – dojrzewający cheddar w winie i podsmażanej cebulce. Wierzch pokryłem cienką kołderką z polskiej goudy. Pieczenie przez 20 minut w 200 stopniach i …

sami zobaczcie:

na bo smak tej strawy był tylko przywilejem nielicznych, a dokładnie Joli i mnie.

Powiem krótko. Ja dawno nie zaznałem tak łagodnego, a jednocześnie wyrafinowanego smaku. No i co najważniejsze – Jola była zarówno zaskoczona jak i zniewolona tym smakiem. Super.

Jeszcze jedno. Zwróćcie uwagę. Zapiekankę jedliśmy w artystycznym opakowaniu. Nie nałożoną łyżką z ogólnej brytfanki, ale w indywidualnych kokilkach (miseczkach), w których potrawka siedziała w piekarniku. Bajka!

 

No, już można przywołać panów do komputera.

Teraz coś dla nas panowie. Cokilkudniowa siłownia:

DSC_0508

Zapraszam. Fantastyczna rekreacja.

Aha. Dla pań też coś mam. Upominacie mnie, narzekacie, mówicie mi, że coś mi odbiło. Otóż nie. Zapewne używacie złej deski do krojenia.

Powinna tak wyglądać:

DSC_0512

Pozdrawiam wszystkich i Panie i Panów. Oczekuję na komentarze (no, najmilej widziane są te pozytywne) od wszystkich czytelników.

Powiem coś więcej. W związku z zamierzoną emisją serialu wszechczasów („Jak zdobywano dziki wschód”), zdobywam się na niebywałą odwagę. Od teraz jesteśmy w ogólnodostępnym kanale. Proszę o udostępnianie moich wypracowań szerokiemu ogółowi. Aż się boję …

Dla sympatycznej panny Krysi …

I znowu był telefon. I znowu zniecierpliwienie brakiem wpisów. I w końcu zobaczcie co z tego popędzania wyszło. Tak było przed:

DSC_0101

a tak po:

Otóż chyba nie można mnie poganiać, a przy tym nie może się znaleźć w moim zasięgu jakaś piła, a już na pewno nie spalinowa z nowym, ostrym łańcuchem. Takie motywowanie mnie może doprowadzić do tragicznych, często nieodwracalnych skutków. Dla przykładu – może to spowodować, że jeszcze wiosną zrobię nową obudowę studni, albo zbuduję elektrownię wiatrową (to już raczej w przyszłym wcieleniu).

Nie, nie bójcie się. Nie dopadł mnie wirus, ani żadna plaga. Będzie pięknie. Za dwa miesiące będzie zielono i kwitnąco, a przede wszystkim, na ganku będzie można napić się porannej kawy w towarzystwie promieni słonecznych a nie ciągłego przeciągu, cienia i zimna.

No a w ogóle, to zapraszam do oglądania nowego serialu.

Znowu myślicie, że zbzikowałem. Nie. Przecież nawet nasz noblista Henryk S. pisał ku pokrzepieniu serc w odcinkach. Ja chcę pokrzepić Wasze serca w dobie, kiedy musimy zostać w domach w obliczu niewidzialnego wroga. Nie jest to zadanie proste, jednak zdecydowałem się oddać Wam trochę tego mojego nastroju optymistycznego, który towarzyszył mi w ostatniej dekadzie i cały czas jeszcze pozostaje moim motorem. A że tego pozytywnego nastroju było i jest wiele, toteż jego dawkowanie musi zostać rozłożone w czasie. A więc (moja polonistka mnie zabije; znowu zaczynam zdanie od więc).

A więc: „Jak zdobywano dziki wschód” – opowiadanie w odcinkach, serial wszechczasów, już wkrótce.

14 marca 2020

Hej Dziewczyny, hej Chłopaki. Jak współżyjecie … z wirusem?

Ostatnim wpisem pożegnałem się „do jutra” i nie udało mi się dotrzymać tego słowa. Przepraszam. Podróż do Warszawy była spokojna. Za to powrót już nie bardzo. Uciekając przed wirusem, trafiliśmy na załamanie pogody. Przejechaliśmy (chwilami musieliśmy się zatrzymywać) przez front atmosferyczny, który niósł rzadko spotykane opady i podmuchy. Do domu dotarliśmy trochę po 16-ej i … w domu ciemno – nie ma prądu. Wichura zrobiła swoje. Nie wiedziałem od jak dawna prądu nie ma. Nie wiedziałem jak długo. Do sąsiadów dodzwonić się nie mogłem. Ale, całe szczęście, że w aneksie gościnnym zamontowałem kuchenkę gazową. Dzięki temu mogłem odgrzać przygotowaną poprzedniego dnia zupkę pomidorową.

Ciepła strawa była nam potrzebna. No bo wiecie, uciekając przed wirusem, nawet nie zdążyliśmy się w stolicy posilić. A tu wszystko przygotowane, … tylko prądu nie ma. Włączeniom i wyłączeniom zasilania nie była końca, aż wreszcie udało się zrobić pieczeń. Późna obiadokolacja, zmęczenie … no to spać.

Następny dzień. 13-ego marca, piątek. Lepiej z domu nie wychodzić. Ale to nie my. W ramach aklimatyzacji, zafundowałem Joli wycieczkę nowoodkrytymi ścieżkami. Potem posiłek (już nie będę pokazywał szczegółów, bo niektóre Czytelniczki krytykują mnie za tę swobodę prezentacji kuchennej alkowy), na który zdradzę złożyła się zupa z poprzedniego dnia i sznycelki z piersi indyka z ziemniaczkami i z surówką z marchewki z chrzanem. Nie wiem dlaczego, ale Jola tak nie narzeka na moją kuchnię.

No tak, ale jest dzisiaj.

A dzisiaj. Wstałem o 6-ej. Toaleta. Spacer poranny z Turkiem i Słodziakiem i zaskoczenie. Nastała zima. Trochę późno, bo przecież marzec. Ale lepiej późno niż wcale. A jak było, zobaczcie. W marcu, jak w garncu:

A wracając do tematu wirusa, my z Jolą się nie dajemy. Założyliśmy sobie tygodniową kwarantannę. No bo w Warszawie to wiecie, mogło być różnie. Przez tydzień nie wychodzimy, tylko się odkażamy. Mówią, że alkohol musi mieć ponad 60% i chyba ma tyle nasza nalewka.

 

Wirus.

Parę dni temu dzwonił do mnie jeden z czytelników. Dostałem kolejną celną wskazówkę – powinienem mniej zajmować się kulinariami, a więcej wyeksponować swoje osiągnięcia budowlane.

Tyle, że cóż to za osiągnięcia. Że z obory zrobiłem apartament gościnny na 5 miejsc do spania, z aneksem kuchennym, z łazienką, z częścią rekreacyjną wyposażoną w stół do ping-ponga, dart i przyrząd rehabilitacyjny. Niektórzy z Was sami widzieli – prościzna. Że zrobiłem garderobę w naszej sypialni i kilka innych mebelków. Że nie dam nikomu zarobić i sam uprawiam, naprawiam i remontuję. Każdy z nas to potrafi.

No dobrze. Coraz lepiej mi idzie z techniką potrzebną przy blogowaniu, więc w najbliższym czasie zaspokoję ciekawość słuchacza (pewnie jedynego, chyba nikt inny nie chce tego oglądać) i dołączę galerię zdjęć ze sfery budowlanej. Na razie muszę się zająć wirusem! …

Jadę jutro do Warszawy. Jadę po Jolę. Trzeba dmuchać na zimne. Jola miała przyjechać autobusową komunikacją międzymiastową, ale to może być w dzisiejszych, dynamicznych czasach ryzykowne. ŻAK EKSPRESS, zanim zabrałby Jolę z Placu Defilad, będzie zabierał pasażerów z lotniska. Okazuje się, że zdobycz cywilizacyjna XXI wieku – swoboda komunikacji i przemieszczania się, staje się dzisiaj jednym z większych zagrożeń. Nie wiadomo czy i kto jest nosicielem tego diabelnego chińskiego wirusa. Trzeba maksymalnie ograniczyć możliwość jego ekspansji.

Dlatego jadę jutro po Jolę. Zdążyłem już przygotować podstawowy posiłek na nasz powrót. Na upieczenie, w ziołach czekają udka kurze:

IMG_20200309_112953024

Do paru najbliższych kolacji przygotowałem sałatkę jarzynową:

IMG_20200310_141749073

A na osłodę będzie tort cytrynowo-waniliowy:

IMG_20200310_142842230

Na razie upiekłem ciasto, ale jeszcze dzisiaj wieczorem poprzekładam je kremem i udekoruję owocami.

No więc jutro jadę po Jolę. Nie można kusić diabła. Tu będziemy mieli, jak u Pana Boga za piecem. Tu wirus nie sięga. No poza wirusem lenistwa, który siedzi mi cały czas na karku i mówi – nie rób.

Marzenia siedzą w mojej głowie. Z nich snują się plany. A to, żeby odbudować studnię, która, mimo że podłączyliśmy się niedawno do wodociągu, pozostaje czynna:

IMG_20200308_114953477~2

A to, żeby rozpocząć docieplenie zewnętrzne budynku mieszkalnego, połączone ze zmianą elewacji na drewnianą:

IMG_20200309_105612101_HDR~2

No i pozostaje cały czas do rozwiązania problem jak osłonić się przed wiatrem, kiedy chcemy z Jolą posiedzieć przy kawie, w słoneczku, przed domem. Jak widać łatwiej jest marzyć, nawet rozrysować marzenia, niż je zamienić w materię. Ale z czasem … cierpliwości …

Póki co wiosna zbliża się szybkim krokiem. Wokoło wszystko zaczyna kwitnąć:

IMG_20200310_151800353

Drobne uzupełnienie:

IMG_20200311_173217994

Nie wiem jeszcze czy tort się udał, ale wszystkim smacznego i do jutra.

Od sympatycznej panny Krysi … (czyli coś dla panów)

Odebrałem dzisiaj telefon od jednej ze zniecierpliwionych czytelniczek. W bardzo zdecydowanym i ostrym tonie usłyszałem pytanie. Zasadnicze. Dlaczego się obijam? Dlaczego przez dwa tygodnie nie piszę konkretów tylko jakieś tam życzenia, kwiatki, racuszki przesyłam?

No cóż drogie czytelniczki (ale i czytelnicy też, chociaż chyba jesteście w mniejszości). Miłość nie sługa, wena do pisania nie jest na zawołanie.

Z resztą cóż takiego się działo co miałbym opisywać i zadręczać Was swoją grafomanią.

 

No dobrze … Laty temu. No nie, może parę tygodni temu, odwiedziły mnie moje dziewczyny. Zamęt był wielki. Do tego stopnia, że pewnego dnia urządziliśmy festiwal. Nie, nie ten w Opolu czy Sopocie. Nasz mazurski festiwal. Festiwal mazurskich naleśników. Na początek było po jednym naleśniku z farszem pieczarkowo-jajecznym. Farsz pozostał z poprzedniego dnia z niewykorzystanego nadzienia pierożków z ciasta francuskiego, które stanowiły uzupełnienie menu do barszczu. Ale potem to się zaczęło. Życzenie było …

Życzenie moich gości, jest rozkazem. Miało być pikantne nadzienie ze szpinaku i było. Cóż to dla mnie. Jakieś 20 – 30 minut i już. Naleśniki ze szpinakiem były zapiekane, ale niestety nie tak jak te w czerwcu zeszłego roku. W lutym były bez truskawek. Och, jaka szkoda. Pamiętam tamten wiosenny smak:

IMG_20190602_133700351

Zasadniczym punktem festiwalu naleśnikowego miały być i chyba były naleśniki z serem, na słodko.

IMG_20200219_140055224

Nie będę zdradzał ile ich było. Powiem tylko, że ja wcześniej z tego towarzystwa odpadłem, a Jola, która dołączyła do nas dopiero następnego dnia, mogła zaledwie spróbować jednego, czy dwa. Nie pamiętam już dokładnie.

Następnym razem pokuszę się o zorganizowanie festiwalu kartaczowego. Dwa smaki część z nas już zna – tradycyjny mięsny i wegetariański z nadzieniem z soczewicy. Jestem gotów spróbować dla Was kartaczy warzywnych i słodkich z serem. A co? A może wymyślimy jeszcze inne?

 

Ale co ja tu wypisuję? Przecież panna Krysia prosiła o coś zupełnie innego.

No to opowiem Wam co mi się dzisiaj przytrafiło na spacerze. Z tym, że to jest opowiadanie raczej dla panów. Z resztą jutro jest nasze, panowie, święto. Należy się.

Więc … (znowu zaczynam zdanie od więc !) Po naszkicowaniu rano paru rzeczy, które siedziały mi w głowie, tudzież po okołopołudniowych czynnościach, takich tradycyjnych męskich czynnościach jak porządki w mieszkaniu, zmywanie, gotowanie, itp., poszedłem na spacer. Wybrałem drogę ku rzece. I wtem, gdzieś w połowie drogi zobaczyłem między tutejszymi pagórkami dwa ciemne stwory. Oczywiście moja ciekawość natychmiast mnie pchnęła w tamtym kierunku. Wiatr był południowo-zachodni, a więc zbliżałem się pod wiatr. Moja przewaga. Zbliżyłem się o jakieś sto metrów i widzę dwa łosie. Wyjąłem aparat (no nie, nie aparat tylko znowu ten smartfon, ale zawsze…)

No więc smartfon przygotowany do strzału … wtem wrzask. To para żurawi niedaleko ode mnie, po prawej, zaczęła swój śpiew. Mówią klangor.

Kiedy z powrotem odwróciłem głowę w kierunku gdzie stały łosie, zobaczyłem już tylko puste zielone pole. Niepocieszony powlokłem się dalej w kierunku rzeki, przez całkiem dzikie ostępy:

IMG_20200303_155342561

Markotny i zmęczony dotarłem nad rzekę. Mijając ostatnie krzaki zobaczyłem jednak coś, co nagrodziło trud wyprawy:

MooseWatching

Panowie. Z okazji naszego jutrzejszego święta, życzę Wam wielu takich wypraw i tak miłych spotkań. Życzę Wam siły Herkulesa, mądrości Salomona i celności oka Robin Hooda, ale swoje zalety wykorzystujcie w przyjaznych celach, a na polowania podążajcie bez broni palnej, wyposażeni w aparaty fotograficzne. Nigdy nie wiadomo co zobaczycie nad rzeką.

Dzień Kobiet

Z okazji jutrzejszego, Waszego święta, wszystkim paniom i pannom, kobietom i dziewczynom, blondynkom i brunetkom. Wszystkim moim czytelniczkom – buziaki i te oto kwiatki:

IMG_20200307_132923569

Drogie moje Czytelniczki. Zapewne lepszymi smakami uraczone będą Wasze podniebienia w dniu Waszego święta, ale ja pozwolę się pochwalić tym co osiągnąłem dzisiaj w sztuce kulinarnej. Oczywiście, jest sprawą subiektywną to, co nam bardziej smakuje. Tym nie mniej, przed chwilą odszedłem od stołu, od obiadu, który sobie zgotowałem i nie będę się rozpisywał nad pysznym barszczem ukraińskim, tylko opiszę drugie danie. Kilka razy już próbowałem. Było w niezłej i całkiem niedobrej wersji. Dzisiaj wyszło mi na medal. Sznycelki z selera z ziemniaczkami, jarzynką ze słodkiej kapusty i moją ulubioną surówką z pora. Polecam, panierowane plastry podgotowanego selera nie za grube, smażone w głębokim oleju, no i przyprawy. Co za smak. Schaboszczak się nie umywa. Oto co wyszło:

IMG_20200307_150948281

Smacznego.

12.02.2020

Tato,

Tobie dedykuję.

 

Dzień jak każdy? Nie. Dla mnie szczególny.

Miałem się wziąć za coś konkretnego, ale oczywiście wrodzone lenistwo wzięło górę. No bo czyż konkretem można nazwać to, że zwiozłem do piwnicy zapas drewna na opał na kolejny tydzień, albo to, że zrobiłem sobie obiadek, albo to, że coś tam zaplanowałem, albo to, że przeszedłem kolejne garby moich mazurskich połonin. Nie. Na pewno nie.

Ale, mimo to, usiadłem wieczorem do klawiatury, żeby pobyć z Wami, choćby wirtualnie. Uznałem, że mam do przekazania kilka drobnych informacji. Takich drobnych jak te gile, które nie wiadomo dlaczego przyleciały teraz jakby chciały zwiastować zimę:

IMG_20200129_110115854

Gile, po prostu zagubiły się w tych meandrach aury. Dzisiaj widziałem i słyszałem odlatujące na północny-wschód gęsi, oczywisty znak zbliżającej się wiosny. Dziwne jest tylko to, że jeszcze nie usłyszałem w tym roku glęgoru żurawi. Więc nie wiem jak to będzie z tą wiosną.

Zbliżająca się wiosna zaprzątnęła mi głowę, a ja nie o tym miałem pisać. Po kilku pracach fizycznych dzisiaj, wziąłem papier, węgiel i … zacząłem przekazywać na ten kawałek bieli moje plany, moje marzenia, no prawie moje myśli. … Nie, tak dobrze nie będzie, myśli się nie da przekazać na żadnym papierze, ani w pliku. To jest sfera prywatna.

No, ale co do planów, to sam obiecywałem, że je przedstawię. Więc dzisiaj kawałek.

Pamiętacie mój staw, na którym już niepodzielnie gospodarują bobry. Nad brzegiem stawu, w otulinie moich świerków zbuduję ni to wiatę, ni to szałas, ni to chatę trapera. Coś, co da nam schronienie przed upałem czy deszczem kiedy będziemy chcieli się bawić na łonie natury. Oczywiście musicie wziąć poprawkę na niezręczność rysownika:

IMG_20200212_124313219

Chcę Wam jednak powiedzieć, że pokochałem węgiel. O wiele łatwiej i szybciej wykonuje się nim potrzebne szkice. No popatrzcie sami. Tak wygląda moja sypialnia. Dla niewtajemniczonych dopowiem, że szafy w tej garderobie były zrobione przeze mnie ponad 3 lata temu, a drzwi powstały dopiero w grudniu ubiegłego roku:

IMG_20200212_124906141

A tak planuję zabudować drugą stronę sypialni. Powiedzcie coś. Czy spodoba się Joli?

IMG_20200212_133733085

Plany sobie, a codzienność swoją drogą chadza. Powiecie – zobaczymy, co z tych planów wyjdzie. Sam chwilami już wątpię. Jednak, póki co, póty wydaje mi się, że mam odpowiedni zasób sił, nie odpuszczam moim marzeniom.

Inna sprawa to to, że muszę sobie ułatwić życie techniką. Czy zauważyliście jaka jest różnica w naświetleniu pleneru słońcem w zenicie w lipcu, a tym samym widokiem jesienią, kiedy słońce jest nisko? Otóż podobnie jest z moim szkicowaniem. Robię to na stoliku, podchodząc do obrazka jakby z perspektywy zachodzącego słońca. Odczuwalne są wtedy błędy w perspektywie. Widać to na moich szkicach.

Więc muszę sobie jednak sprawić sztalugę, która da mi właściwy kąt widzenia rysunku.

Drugą kwestią techniczną, którą wprawni zauważą, jest papier, rodzaj papieru, na którym rysuję. Owszem, format A3 daje większy upust ambicjom. Ale liczy się też faktura. Ta, której użyłem powyżej, nie jest odpowiednia dla węgla. Poszukam innej.

Ale węgiel jest super. Daje łatwość, daje szybkość, daje głębię. No, trochę brudzi. Ale cóż to znaczy dla art…. Nie, ja nim nigdy nie będę. Jednak przyjemność pozostaje.

ad vocem

Dzisiejszy wpis w moim dzienniku chcę rozpocząć od przytoczenia w całości pewnego komentarza, który pojawił się przy okazji demonstrowania przeze mnie ratunkowej deski. Wszyscy czytelnicy będą mogli zobaczyć jak trudne i niebezpieczne zajęcie sobie znalazłem. Jak uważnie trzeba trzymać podwójną gardę, żeby nie narazić się na cios nokautujący:

Onieśmielona Twoją oceną, Łaskawco, pomyślałam sobie, że nie odważę się na kolejny komentarz … ale skoro jestem taki debeściak, to idę za ciosem.
Nie odniosłam się do Twoich kulinariów tak sugestywnie podanych, bo choć ślinka cieknie to jednakowoż wolę nie jeść niż tańczyć z garami. Zazdroszczę Ci ciepłego stosunku do tej czynności. Mam takie skrzywienie, że przeszkadza mi bardzo poczucie codziennej konieczności, przymusowej wręcz, spędzania w kuchni czasu niewspółmiernie długiego na przygotowywaniu posiłków wobec tych minut w ciągu których się je pochłania (nie licząc oczywiście przypadków celebracji, rzadkich niestety). Nie mogę się opędzić od uczucia, że pitraszenie jest dlatego właśnie czynnością wysoce niesprawiedliwą. Na szczęście Antonio nie jest zbyt wybredny, więc zwykle zadowala mnie jego „może być” po zjedzeniu obiadu.
Udał się bardzo podarunkowy pomysł Agnieszki. Ostatnia deska ratunku przypomniała mi, jak to w czasach studenckich spędzaliśmy część wakacji pod namiotami na Bobrowej Bindudze nad jeziorem Nidzkim. Jeździliśmy tam co rok przez ładnych parę lat i nigdy nie było tam nikogo oprócz nas. Tylko nasza paczka – cztery, czasem pięć namiotów na całej bindudze. To były czasy! Najbliższa miejscowość to Karwica Mazurska, z małym, wiejskim sklepikiem dokąd wędrowaliśmy po zaopatrzenie. Oczywiście udawaliśmy się do Karwicy (przez „u”).
Przecudnej urody są te Twoje garbate połoniny! Jeszcze raz potwierdza się w tym przypadku powiedzenie, że małe jest piękne. Zdobywaj więc kolejne szczyty jak dotychczas, bez kompleksów i z poczuciem humoru. Czuwaj!

Już kiedyś uznałem Ewuniu, że tamten Twój komentarz przewyższał jakością to co ja tu wypisuję. Teraz zauważyłem, że wspólne edytowanie z Tobą, może nadać treściom dodatkowego smaku. Spodobało mi się. Zadawaj kolejne takie finezyjne ciosy, a ja będę starał się je sparować. Muszę tylko jedną erratę wprowadzić do Twojego tekstu. Choć prawdopodobnie Agnieszka, w krytycznej sytuacji też mnie obdaruje jakimś kołem ratunkowym, to jednak „ostatnia deska ratunku” jest autorstwa mojej miłej szwagierki. Małgosiu, jeszcze raz dziękuję. O Twoim prezencie jest już głośno.

 

Wszyscy wiecie (z poprzedniego wpisu w dzienniku), że miałem dzisiaj zrobić porządek z moimi włosami. No i stało się. Uzyskałem całkiem nowy image. Powiedzcie jak wyszło?

cropped-krasnal-1.jpg

Może trochę za bardzo pozwoliłem na zmiany. No co sądzicie?

Dobrze. Koniec żartów.

Wczoraj dowiedziałem się od Joli, że moje słomiane wdowieństwo, które mnie dotyka okresowo, potrwa dłużej niż planowaliśmy. Pewnie jeszcze z dziesięć dni. No to chyba nie będę miał już wymówki usprawiedliwiającej moje lenistwo. Zacznę znowu jakieś konkretne prace. Nie, kolejnego apartamentu gościnnego nie zbuduję, ale plany mam bardzo bogate, zarówno na to co w domu, jak i na to co na zewnątrz. Lada dzień zacznę pisać i o planach i o tym, czego dokonałem do tej pory, a dziś tylko krótki rzut okiem przypominający wygląd pokoi gościnnych:

IMG_20190615_205847651IMG_20190817_140024326

Po powrocie z miasta, zacząłem się zastanawiać co zrobić na obiad, no a w związku z tym moim słomianym wdowieństwem, które się wydłuży, pomyślałem o zrobieniu sobie czegoś na dłużej, czegoś uniwersalnego. No i jak sądzicie, co wymyśliłem. Oczywiście moją nieśmiertelną potrawkę węgiersko-polsko-meksykańsko-tajską. W skrócie nazywam ją leczo. Joli już się ta potrawka przejadła. Dla mnie, w coraz to nowych kompozycjach, z nowymi dodatkami smakowymi, zupełnie odwrotnie. Bazą tej potrawki rzeczywiście jest węgierskie leczo. Jednak dodatki pieczarek, fasoli, sosów tajskich i różnorakich przypraw z przewagą pikantnych, czynią ją potrawą międzynarodową. Najczęściej przyrządzam ją na smaku wędzonego boczku, ale również bez niego, tylko z dodatkiem sproszkowanej papryki wędzonej, smakuje znakomicie i zadowoli wegetarian. Dzisiejszym smaczkiem w moim leczo był dodatek suszonych krewetek. Pierwszy raz ich użyłem. Może trochę za mało, bo szoku nie było.

Napisałem, że jest to dla mnie uniwersalna potrawa, bo zarówno w wersji mięsnej jak i wegetariańskiej może być podawana w najróżniejszych kompozycjach. Dzisiaj było już za późno na wyrafinowane utwory. Kokilka potrawki ze świeżą bułeczką całkowicie zastąpiła obiad. Kiedy przyjedziecie do mnie poczęstuję Was tym moim leczo na plackach ziemniaczanych z dodatkiem surówki z kwaszonej kapusty.

Ewuniu, coś jest na rzeczy, kiedy piszesz, że jakoś mało Ciebie już bawi praca w kuchni. Wiele przedstawicielek płci pięknej, z którymi rozmawiam, mówi to samo. A mnie to cały czas daje przyjemność. I niech tak zostanie. Z przyjemnością popracuję nawet nad bardziej wyszukanymi potrawami dla moich gości. Z resztą część z Was miała już okazję u mnie posmakować trochę.

No dobrze. Podstawę posiłku na najbliższe dni mam już przygotowaną, to muszę się oddalić, być może na parę dni i rzeczywiście wziąć się za coś konkretnego. Coś, czego nie zjem od razu. Coś, co przysporzy dodatkowej wartości siedlisku. Coś, przy czym zacznę zrzucać zimową nadwagę.

A trzymając się użytej na początku nomenklatury bokserskiej, idę teraz do narożnika żeby otrzeć krew, pot i łzy przed następna rundą. Dziękuję Ewuniu za wspólny sparring. Ręcznika nie rzucam. Pozdrowienia dla Antonio – kiedy będzie nowa książka?

Korona Mazur Garbatych

Wróciłem z miasta zadowolony – zmieniam fryzjera. Młodzi panowie, którzy do tej pory porządkowali moją głowę, przeważnie używali maszynki do strzyżenia. Nie podobało się to moim włosom. Zażądały zmiany, powrotu do klasycznego formowania fryzury przy pomocy grzebienia i nożyczek. Zajechałem do zakładu pani Urszuli, która wg zapewnień Andrzeja biegle operuje nożyczkami. Umówieni jesteśmy na najbliższy poniedziałek. Zobaczymy.

Pogoda dzisiaj fantastyczna, więc żeby nie tracić czasu, szybko zrobiłem zapiekankę warzywną:IMG_20200208_142059030IMG_20200208_145405739i w drogę. Trzeba korzystać z powietrza, pogody.

Dzisiejszym moim celem było najwyższe wzniesienie w okolicy. Ma ono nawet nazwę – Bocian. Ma zawrotną wysokość bezwzględną – 155 m n.p.m., aż 15 metrów więcej niż podstawa naszego domu. Tyle razy przechodziłem w pobliżu, ale zawsze wybierałem łatwiejsze szlaki. No bo po co, kiedy można przejść łagodnym trawersem, ja mam wspinać się pod górę i zaraz schodzić.

Dzisiaj miałem wielki cel – zaliczyć kolejny szczyt do Korony Mazur Garbatych.

Ostatniego lata, najpierw sam, a później w gronie wielu z Was wdrapaliśmy się na najwyższe wzniesienie Polski północno-wschodniej, Górę Szeską (309 m n.p.m.). Często wracam pamięcią do tego momentu oglądając zdjęcia podskakujących 60/70-latków, upamiętniające naszą wyprawę rodzinną. Wielokrotnie już zdobywaliśmy Górę Gołdapską (ok. 285 m n.p.m.), gdzie, jak bywało w dawnych latach kiedy jeszcze zdarzały się zimy, można było całkiem fajnie pojeździć na nartach. Zupełnym przypadkiem raz nawet trafiliśmy na czynny wyciąg, który nas wywiózł do obrotowej kawiarenki na szczycie. Co za wspomnienia.

Dzisiaj przyszła kolej na najwyższe wzniesienie we wsi. Takie szczyty też trzeba zdobywać. Do zdobycia korony Mazur Garbatych pozostanie już chyba tylko Diabla Góra (ok. 175 m n.p.m.), którą tak zachęcająco opisał mi ksiądz proboszcz. Diabla Góra znajduje się na zachodnim krańcu naszej puszczy, w pobliżu Kruklanek. Góruje ona nad wsią Borki (nie te Borki blisko, gdzie mieszka Andrzej). Znajduje się tam siedziba nadleśnictwa i to od tej wsi wzięła nazwę Puszcza Borecka. Na Diablą Górę przyjdzie pora, kiedy w rozpoczętym roku będziecie mnie odwiedzać. A jest po co. Właśnie tam znajduje się wzorzec czystości powietrza.

Na razie pozostaję przy wzniesieniu Bocian, do którego właśnie dochodzę. Nie, nie pójdę tą drogą, żeby się opalać na ławeczce:IMG_20200208_153230487_HDRMały obrót w lewo i widać dzisiejszy cel. Przy odrobinie wyobraźni zobaczycie ośnieżony szczyt, wygrzewający się w zachodzącym słońcu:IMG_20200208_153115531_HDRTrzeba się śpieszyć, bo dnia nie zostało już zbyt wiele , a droga mozolna, cały czas pod górę:IMG_20200208_153355500_HDRGodzina 15.36. Założyłem już raki, czekan w rękę i rozpoczynam akcję szczytową:IMG_20200208_153618383_HDRTrawersując strome zbocze zbliżam się do szczytu:IMG_20200208_153649836_HDRSzczyt zdobyty. Zamiast flagi, mój długi cień dokumentujący osiągnięcie i kilka fotek Mazur Garbatych, widzianych ze szczytu:IMG_20200208_153748964_HDRIMG_20200208_153753272_HDRIMG_20200208_153758579_HDRSchodzę. Kolejny garb przede mną:IMG_20200208_154220266_HDRWreszcie wyłania się wieś spokojna:IMG_20200208_154341359_HDRW oddali słychać już delikatne swojskie dźwięki. A to pies zaszczeka. A to słychać jak trzy posesje dalej sąsiad równa teren wokół fundamentu, na którym za parę tygodni stanie chatka – to będzie upragniony sklepik.

Jeszcze kilkaset metrów i już widać zabudowania najbliższego sąsiedztwa oraz ciemną ścianę świerków u podnóża których jest mój zagospodarowany przez bobry, lekko zmarznięty staw:IMG_20200208_155215365_HDR

Spojrzałem na przyrząd, który zabrałem ze sobą na tę wyprawę i stwierdziłem, że on nie docenia zupełnie mojego wysiłku, tłamsi moje ambicje. Jak jest możliwe, to co przyrząd pokazał? Co to znaczy, że spaliłem 58 kcal? To fałsz, to musiało być jakieś 500 kcal.

Nieważne. Istotne, że do zdobycia Korony Mazur Garbatych nie zostało mi już wiele.

Ostatnia deska ratunku

Bóbr jest niesamowity. Schodzę nad staw po cichu; jest godzina bliska 14-ej. Wygrzewa się.

No dobrze, jak można się wygrzewać w temperaturze +2C. A jednak. Idę i widzę czarny grzbiet w wodzie. Wyciągam aparat (e.. tam jakiś smartfon, ale zawsze coś, co może pstryknąć), no i koniec. Nie będzie sesji zdjęciowej. Bóbr tylko plasnął ogonem i jak zwykle dał nura.

Zabawa w ciuciubabkę to jest jakiś Pikuś w odniesieniu do tego co robią bobry.  O tym będzie jeszcze.

No dobrze. Kopią swoje korytarze pod groblami. Tylko po co, w dziury, w które ja wpadłem, wciskają pozbawione kory gałązki kolejnych ściętych wierzb?!

Tak sobie myślę, że kiedyś (bo ja już nie panuję nad dzikim zwierzętami) bobry mogą się podkopać nawet do domu. Dom jest daleko i jakieś 5-6 metrów wyżej niż operują teraz moje bobry, więc może nie prędko. Ale, gdyby, to co wtedy?

Wtedy zostaje ostania deska ratunku:

IMG_20200206_172625217

Małgosiu, dziękuję.

Piórkiem i węglem

Lepiej późno niż wcale, jak mawiali starożytni.

No może to nie tak dawno zostało powiedziane, ale nie w tym rzecz. Wreszcie Jola wyrwała się z tego kołowrotu warszawskiego. Wiem, nie mogła wcześniej – przecież były nieodwracalne terminy kolejnych PITów.

Wczoraj, 31 stycznia była nasza rocznica, ale to dziś świętowaliśmy. Starałem się jak mogłem. Rano pobudka, codzienne zajęcia ze zwierzętami, z piecem, a potem przedświąteczne sprzątanie, potem kąpiel, ubranie też świąteczne i wyprawa do Ełku. Tam uzupełniające zakupy i jest. Prawie zgodnie z rozkładem dzisiaj przyjechał piętrus ŻAK EXPRESS i już byliśmy razem. Nareszcie miałem z kim pogadać, z kimś o ludzkiej twarzy, bo przecież tu tylko pies, kot , bobry, czasami przemkną cztery sarenki. Jechałem w powrotnej drodze dosyć wolno. Wymianie zdań nie było końca i ani się spostrzegliśmy kiedy ujrzeliśmy naszą furtkę, kapliczkę przed domkiem, kota czekającego na upragnione wejście do domu.

Przygotowaniem nastroju zajęła się Jola. Oczywiście żadne tam jedzenie w kuchni. Dzisiaj była obiadokolacja we dwoje, przy świecach, w jadalni, przy dużym stole.

IMG_20200201_163414904

Potrawy ja serwowałem. Przy powitalnym buziaku wypiliśmy już po naparstku mojej wódeczki robionej na nalewce z oblepichy. Przygotowanie dań zasadniczych nie zajęło długo, ale zawsze. Pierwsza była zupa – zupa borowikowa. (Irenko, dziękuję Ci za te grzyby, bo tu u siebie mam tylko maślaki, rydze i czasami podgrzybki).

IMG_20200201_164548558

W czasie kiedy delektowaliśmy się smakiem prawdziwków, piekła się już pizza, bez śladu mięsnego, niektórzy mówią wegetariańska. Co za nazwa, taka górnolotna. Po co? Po prostu zdrowe jedzenie. Z czasem będzie jeszcze zdrowsze, kiedy zacznę sam robić ciasto. Na razie skorzystałem z ciasta sprzedawanego w Biedronce. Ot wygoda. Jak to łatwo nałożyć na gotowe ciasto, to co się chce. A chciałem Joli podać coś zdrowego, więc była mieszanka warzyw (brokuł, ogórek, kukurydza, marchewka, bakłażan, groszek, itp. – oczywiście z mrożonki, bo przecież jesteśmy w styczniu).

IMG_20200123_143110371[1]

Osobno, na drugiej patelni podsmażały się pieczarki z czerwoną papryką. Przygotowałem oliwki, pomidorki i ananasa. Spód pizzy wysmarowałem własnej roboty sosem pomidorowym, trochę kwaśnym, trochę słodkim, trochę pikantnym, a następnie rozkruszyłem na sosie trochę serka pleśniowego.

IMG_20200123_150013422[1]

Przyszła teraz pora na zasadniczy farsz. Mimo, że piekł się dopiero co, to jednak musi być już wystudzony, żeby z ciasta nie zrobił się zakalec. Po jego nałożeniu, już tylko dodatki – zielone oliwki i połówki pomidorków koktajlowych, a z wierzchu rozkruszony twardy żółty serek. No to do pieca. Piec musi być wcześniej nagrzany. Pamiętajcie, żeby pizzy nie piec statycznie. Ona wymaga energii. Ja mam specjalny program pizza, ale minimum to 230 stopni oraz grzanie góra i dół z termoobiegiem.

Jak zwykle zapomniałem o przyprawach, a przecież w nich jest sedno smaku.  Trochę soli, nieodzowne chilli, zioła prowansalskie, przyprawa do pizzy po sycylijsku, ale i tak dominować muszą smaki warzyw i dodatków. Błogosławiony ten, który potrafi je wszystkie odróżnić w spożywanej potrawie. Jeśli nie potrafi tego, a mimo to mu smakuje, to znaczy, że jest smakoszem. Chyba tak jak ja. Dodam, że dla ułatwienia sobie zadania ze znalezieniem cudownego smaku, dodaję sobie jeszcze na upieczoną pizzę, kawałki ananasa. Wtedy nie ma już żadnego problemu, smakuje niesamowicie.

IMG_20200201_170546571

Tak było i dzisiejszego wieczora. Smak pizzy podkreślaliśmy białym półwytrawnym winem. Jednak dopiero kiedy spróbowaliśmy czekoladowych babeczek udekorowanych kremem mascarpone i konfiturą, nasze kubki smakowe dostały wariacji. Chciało się jeszcze i jeszcze, ale już było późno, a my obydwoje z nadwagą.

IMG_20200201_173957436

Zaczęliśmy snuć plany na jutro. Żeby tylko pogoda była jaka taka. Pójdziemy na przełaj przez nasze połoniny. Będziemy łapać świeże powietrze i kondycję. Będziemy napawać się widokami, zbierać wrażenia wzrokowe, które być może uda mi się oddać kiedyś moimi szkicami. Na razie rysuje mi się topornie – wiem, zbyt lekko trzymam ołówek. Rysunki są jakieś takie płaskie, mało plastyczne. Mało koloru w tych szarościach ołówka.

Parę dni temu, może nawet po raz pierwszy w życiu, spróbowałem rysowania węglem.

IMG_20200129_135602517

Nie przyglądajcie się tej wprawce – będą następne. Nie poddam się, bo zobaczyłem jaką głębię można węglem uzyskać.

Ach. Przypomniał mi się teraz nieodżałowany Pan Kazimierz, nauczyciel rysunku z technikum. Dla niewtajemniczonych dopowiem, że w Technikum Mechaniki Precyzyjnej, w którym, ponad pół wieku temu, zdobywałem początki wiedzy inżynierskiej, obowiązkowym przedmiotem, oprócz rysunku technicznego, był rysunek odręczny. To właśnie wtedy nauczyłem się odręcznie rysować linię prostą, okrąg, czy inne wytwory wyobraźni. No tak, ale wspomnienie przypomniało mi dźwięk jaki dochodził z kantorka za pracownią rysunkową, kiedy oddawaliśmy swoje prace do oceny. To było takie jakieś – łuupp! Dostawaliśmy swoje prace z ewidentnym śladem oceniającego, dziurą na środku rysunku, wielkości dużego gwoździa.

Tak, każdy ma swoje zalety i wady. Każdy ma swój charakter. Nie oceniajmy ich zbyt pochopnie. Dopiero z perspektywy czasu zauważam piękno, które przekazały mi kolejno spotykane w życiu postaci.

No to jak? Czy mogę rysować, czy mogę pisać? Czy mogę próbować? Czy pozwolicie? Czy starczy Wam cierpliwości do tego, żeby czytać i oglądać, oprócz tego co widzi obiektyw, również to co widzę ja? A widzę i czuję.

No to: piórkiem i węglem.

Panie profesorze Zin, nie mam zamiaru konkurować, ale pozwolę sobie tytuł pożyczyć.

Połonina Mazurska

Cóż znaczy technika. To nie te czasy, kiedy żeby porozumieć się z kimkolwiek trzeba było wysyłać gołębia. No, w najlepszym rozwiązaniu, o ile z drugiej strony był aparat telefoniczny, można było przejść parę kilometrów, na pocztę i zamówić tzw. rozmowę. Potem przybywało telefonów w mieszkaniach. Potem, były takie czasy, kiedy w słuchawce słyszałem: „rozmowa kontrolowana”.

Czas idzie do przodu, ale technika jakby wyprzedzała czas. Zdarza mi się nadążać za nowinkami, ale, przyznam, mimo trudno zdobytego wykształcenia inżynierskiego, w wielu przypadkach nie pojmuję istoty tych technicznych rozwiązań.

Ot dzisiaj, teraz. Wziąłem się do pisania, bo pogoda jaka jest każdy widzi. No co można robić? Spać, oglądać TV, siedzieć w barze? Ja usiadłem do komputera no i zapragnąłem mieć przy tym swoją ulubioną muzykę. Ale jaką muzykę możemy mieć tutaj, na wsi? RMF, Radio ZET, Radio Białystok – i to wszystko, co w eterze można złapać. No tak, tylko że tam leci jakaś sieczka, pop, disco polo i inne mydlane gatunki. To nie na moje uszy. Czasami Radio Białystok, czy trudniejsze do złapania – zupełnie jak w dawnych czasach Radio Luxemburg – Radio Olsztyn. Te stacje mają nieco bardziej ambitne wstawki muzyczne.

W pakiecie Cyfrowego Polsatu mam 10 stacji internetowych, z których też dwie, trzy są godne włączenia, ale w zasadzie, prawie wyłącznie, po wiadomościach telewizję satelitarną przełączam na RMF Classic.  Wysyłana w eter z tej rozgłośni najpiękniejsza muzyka filmowa, przeplatana przebojami klasycznej muzyki poważnej, wprowadza mnie często w dobry nastrój, pomaga szczególnie w pracach w kuchni.

 

Ze swoim pisaniem rozsiadam się na górze domku. Żeby słyszeć dobrze każdy dźwięk swojej muzyki, wzmacniacz przy telewizorze muszę włączać na max. Staruszek pies, mimo że już niewiele słyszy, to jednak przy rozkręceniu wzmacniacza, cierpi. Parę dni temu zrobiłem sobie muzykę na górze, przy biurku, włączając na smartfonie (co za nazwa, co za technika?!) radio internetowe. Ten paskudny RMF, który w ogólnodostępnej stacji nadaje sieczkę muzyczną, w internecie (co za nazwa, co za technika?!) ma prawie setkę stacji profilowych. Do jednej z nich należy moje ulubione RMF Classic. Ale te parę dni temu włączyłem RMF 60s. Cóż za muzyka, jakie tęsknoty się we mnie odezwały. No tylko, że dźwięk z miniaturowego głośniczka smartfona, może być tolerowany chyba tylko po głębokim znieczuleniu.

Dzisiaj sobie przypomniałem, że kiedyś Agnieszka zostawiła mi jako archaiczne, kiepsko działające urządzenie, zestaw głośników stereo łączący się z nadajnikiem dźwięku przez bluetooth (co za nazwa – jakiś „błękitny ząb”, ale co za technika?!). Włączyłem RMF Classic, włączyłem łącze bluetooth, no i słyszę. Może nie jest to Hi-Fi, ale jednak zupełnie nieźle. Pasmo przenoszonych częstotliwości zupełnie inne niż z mikrogłośniczka.

 

No dobrze, ale o czym miałem pisać?

Co można robić kiedy pada, wieje, jest ni to zimno ni to ciepło. Najlepiej siedzieć w wygodnym fotelu przed telewizorem albo czytać ciekawą książkę. Można też siedzieć w barze, tylko że tu w pobliżu nie ma żadnego baru, pubu, sklepiku, czy innego skupiska większego niż dwie osoby. Ja wybrałem spacer. Po raz kolejny zafundowałem sobie wyprawę naszymi połoninami.

Ostatnio, chyba w sobotę zrobiłem sobie taki spacer. Dzisiaj poszedłem inną trasą, w nieco inne rejony. Drogą nad rzekę ze 2 km, potem w lewo, na porośniętą sosnami górkę, z której widać co mam do przejścia. Na początek widoczek mojej połoniny z okresu polskiej, złotej jesieni:

IMG_20191029_152409260_HDR[1]

a teraz widok dzisiejszy:

IMG_20200128_130800832_HDR[1]

Wiadomo dzień ponury, wietrzny, dżdżysty, psa z domu nie wygoni. A tu mu się zachciało. No nic, najważniejsze są buty, dobre buty:

IMG_20200128_130837457[1]

Niestety poszedłem na skróty przez zaorane pole. Nie ma ono nic wspólnego z połoniną, tyle że było na szlaku. Moje buty tak wyglądały po przejściu tego ornego, błotnistego, lekko gliniastego pola: (zapewniam, że w ich środku było w dalszym ciągu ciepło i sucho)

IMG_20200128_131425678[1]

W końcu wróciłem do śladów cywilizacji:

IMG_20200128_131659688[1]

Jeszcze kilometr czy dwa i będę w domu:

IMG_20200128_132443168_HDR[1]

Coraz bliżej. Za każdym pagórkiem inny widok.

Niecały kilometr przede mną, w środku obrazu żółci się ściana szczytowa i czerwieni dach mojego domku:

IMG_20200128_132847019_HDR[1]

No i jestem na miejscu:

IMG_20200128_155005501[1]

 

Dlaczego nazwa połoniny została przywłaszczona przez współczesnych do określenia terenu z roślinnością subalpejską? Ja nie przestanę używać tego określenia bezdroży w mojej okolicy. Przecież w języku wschodnich Słowian, mianem połoniny określano miejsca puste, niemożliwe do uprawy. W połączeniu z utartym dzisiaj wizerunkiem górzystych wyniesień połonin, te bezdroża naszych Mazur Garbatych, jakże mi pasują do nazwy połoniny. A więc Połonina Mazurska.

Z całym szacunkiem i tęsknotą za Połoniną Caryńską i Wetlińską.

O wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia

Niektórzy z nas, pamiętający czasy Gierka, skojarzą natychmiast ten tytuł. Mnie on się przypomniał, kiedy przedwczoraj zacząłem tęsknić za Warszawą.

Wstałem jak zwykle, jeszcze ciemno. Poranna toaleta, a później zajęcia ze zwierzętami – spacer i karmienie. Nie wiem dlaczego, ale tego dnia kiciuś nie poszedł z nami na pole. Zazwyczaj, kiedy tylko wychodzimy z Turkiem, Słodziak pojawia się i towarzyszy nam. Mało tego, jest skory do zabawy. Chowa się w trawach i, gdy nadchodzimy z Turkiem, skacze na niego – wyskakuje jak zbój zza krzaków. Dziwne, że Turek go jeszcze nie potraktował zębami – otrząsa się tylko, jakby spadło na niego coś nieprzyjemnego.

Tego dnia kot nam nie towarzyszył – znalazł się dopiero, gdy niosłem mu śniadanie. Sąsiadka wróciła poprzedniego dnia, więc nie poszedłem już pogłaskać kotki.

Zabrałem się za swoje przyjemności – śniadanie i poranne wiadomości na antenie Polsat News. No, powiedzmy sobie – słuchanie czy oglądanie wiadomości, szczególnie w ostatnich czasach, wcale nie są przyjemnością. Nie mniej jest to pora czasu wolnego, którego spędzanie mogłoby być przyjemnością.

Pogoda ostatnio też jest jakaś wspak. Ni to wiosna, ni to jesień, a przecież jest styczeń. Morowa pogoda nie nastraja dobrze, więc o zabraniu się do prac konkretnych nie było mowy – te muszą zresztą zaczekać do czasu aż sprowadzę odpowiednie materiały. Ponieważ jeszcze nie zdążyłem rano napalić, piec był zimny. To było dobra pora do jego czyszczenia . Taki zabieg muszę robić co jakieś 10-15 dni, a sygnałem jest słaby uciąg i zadymienie przy otwieraniu. Te czynniki zauważyłem poprzedniego dnia, więc w piątek założyłem strój roboczy, maseczkę na nos i usta, czapkę i okulary ochronne i zszedłem na dół, do piwnicy – kupa sadzy, pyłu, brudna robota. Zmartwiła mnie krystalizująca narośl na ściankach pieca, prawdopodobnie spowodowana przez węgiel, którego łyżkę czy dwie dorzucam na noc, żeby dłużej podtrzymać ciepło. Chyba zrezygnuję w ogóle z węgla, będzie trochę chłodniej rano, ale za to zdrowo, mniej kłopotów z piecem oraz kominem, no i czyściej.

Obowiązkowy prysznic po piwnicznych pracach, potem pranie – bo się nazbierało i co dalej? Złapałem się na tym, że rozmawiam sam ze sobą. Nie mam z kim pogadać.

Włączyłem moje radio – RMF Classic i, przy kojącej muzyce zrobiłem trochę przepalanki, bo niedługo będzie okazja do zażycia dobrego trunku – nasza okrągła, trzydziesta trzecia rocznica. Roztworem przypalonego cukru doprawiłem trochę okowity. Ten roztwór został przeze mnie uszlachetniony cukrem waniliowym, miodem, szczyptą soli i kroplami cytryny, ale przede wszystkim, dodatkiem nalewki z oblepichy – specjału przygotowywanego co roku przez Jolę z owoców krzaku rokitnika, jaki rośnie u nas przed gankiem. Teraz wszystko musi się przegryźć. Ale…

…Ale znowu dotarło do mnie, że nie mam z kim pogadać.

Zacząłem tęsknić za Warszawą. Nie za Centrum, ale za peryferiami. Przypomniało mi się osiedle, gdzie ostatnio mieszkaliśmy, ten niewielki ruch i gwar. Przypomniało mi się , że nudziłem się monotonią i ograniczeniem zajęć jakie tam miałem. No bo cóż jest ciekawego w tym, żeby, po ukończeniu prac wykończeniowych w tamtym mieszkaniu, powtarzać codziennie ten sam rytuał – spacer z psem, obrządki domowe i oglądanie telewizji z perspektywy fotela. Ale…

Dzisiaj żyję w pięknej, cichej krainie. Mam tu mnóstwo zajęć, do których nieraz nie mam siły, czasu albo chęci się zabrać. Projektuję, buduję, uprawiam, tworzę w kuchni, zażywam na okrągło zdrowego trybu życia. Na telewizję spoglądam rzadko i z niechęcią. Fotel rzadko jest wykorzystywany. Żyć nie umierać. Ale…

W tej wielkiej Warszawie, gdzie prawie wszyscy są jacyś bezimienni, zapędzeni za swoimi zmartwieniami, są małe osiedla, skupiska często sympatycznych ludzi. Kiedy wychodziłem na poranny spacer z psem, to bardzo często spotykałem podobnych do mnie, z którymi zamieniłem zdanie lub kilka, albo dłuższą pogawędkę sobie ucięliśmy. Kiedy spotykałem sąsiadkę, to szczebiot jej córeczki – „o pan ajek” – wprawiał mnie zawsze w znakomity nastrój. Lubiłem tam i byłem lubiany przez wiele osób. Tyle, że potrzebowałem większej perspektywy.

W miarę wymarzone siedlisko na Mazurach Garbatych. Przestrzeń, powietrze, dzika przyroda na wyciągnięcie ręki. Niemalże nieograniczone perspektywy rozwoju siedliska, aby starczyło funduszy i sił do roboty. Ale…

Mieszkańcy tutejsi są wcale sympatyczni. W odróżnieniu od wielkiego miasta, nie ma chamstwa, rozboju. Hałasy, woń niecąca z tutejszych hodowli, czy nawet jakieś zanieczyszczenia są jakieś swojskie, takie przyjazne. Ale trudno jest o ludzkie przyjaźnie, o to, żeby z sąsiadem czy z sąsiadką móc codziennie zamienić kilka słów, pogadać o wszystkim i o niczym. W dużej mierze jest to spowodowane tym, że, w odróżnieniu ode mnie emeryta, który ma już prawie nieograniczony wolny czas, sąsiedzi mają o wiele więcej codziennych obowiązków. Ale zauważyłem, że zależy to też bardzo od chęci do utrzymywania takich kontaktów.

Liczę na sklepik, który ma powstać w tym roku. Liczę na to, że to będzie miejsce, gdzie choć krótko, będzie można wymienić zdania z sąsiadami.

Póki co, wracając do tego co myślałem przedwczoraj, w piątek, rozważałem dosyć poważnie problem wyższości życia na łonie przyrody nad bytem wielkomiejskim. A może odwrotnie. Nie wiem. Tak, czy inaczej, zajęło mi to sporo czasu, w czasie którego zrobiłem pyszną wegetariańską pizzę.

O pizzy później, a teraz, jak to mawiał jedyny w Polsce profesor mniemanologii stosowanej, Jan Tadeusz Stanisławski:

„i to by było na tyle”.

 

 

Bobrowe siedlisko

Bobry mi dokuczają ale jednocześnie podziwiam je. To wspaniałe zwierzęta. Podziwiam to, że wykształcenie inżynierskie mają z natury. Ja musiałem przez wiele lat chodzić do szkół, a i tak ciągle odczuwam braki wiedzy. Ich niesamowita siła, wytrwałość, wyczucie poziomu wody, są trudne do uwierzenia. A jednak. To, jak gospodarują na moim i sąsiedztwa terenie, z jednej strony może doprowadzić do zawału serca, a z drugiej do zachwytu nad ich umiejętnościami. Z początku chciałem z nimi walczyć, ale teraz już poddałem się. Uznałem, że musimy razem gospodarować na tym skrawku ugoru.

bóbr

Przyznam, że to ja jestem gościem na ich terenie. Kiedy, w pierwszym roku po objęciu nieruchomości, czyli w 2016 roku, zagospodarowywałem ok. 1500 m2 nieużytku w dole działki, widziałem tam resztki żeremia. Wydawało mi się ono niezamieszkałe. Wszak z drugiej strony podłej jakości gminnej drogi było bagnisko, dzikie ostępy, których sąsiad nie mógł ujarzmić. I tam tętniło życie. Dziki, sarny, lisy, bobry, mnóstwo ptactwa, miały tam swoją ostoję. Sąsiad walczył z bobrami jak mógł – likwidował co jakiś czas tamy na cieku wodnym, który przepływał tamtędy z górki oddalonej o niecałe 300 m. Oczywiście natychmiast, następnego ranka, widziałem tamę odbudowaną. I tak w kółko.

Ja w tym czasie z bagniska po mojej stronie drogi starałem się zrobić coś użytkowego, rekreacyjnego. Zgłosiłem do powiatu i, przy pomocy profesjonalnej firmy, zrobiłem oczko wodne. Z wybranej torfowej ziemi, zmielonej koparką z resztkami krzaków, zostały usypane groble oddzielające od niższych terenów. Pod siłą koparki uległa też, jak mi się wtedy wydawało, kupa gałęzi w najniższym miejscu działki, w miejscu gdzie, mimo suszy, trzymała się woda – był mały, płytki staw. No i wyszło. Piękne oczko, mały staw, Mazurskie Oko.

Teraz, po pewnym czasie, dociera do mnie, że tam gdzie ja wprowadziłem koparkę, było bobrowe siedlisko. Bobry po prostu wróciły na swój teren. Tym bardziej im się spodobała moja działka, że po pogłębieniu, nawet w okresie takiej suszy jaką mamy od półtora roku, jest trochę wody. Jakieś 1,2 – 1,5 m głębokości na środku. Ale to i tak jest raj dla bobrów. Nie widzę już ich gospodarowania po drugiej stronie drogi. Zapanowały u mnie i w sąsiedztwie za groblą.

Ich gospodarowanie pozostawia widoczne i odczuwalne ślady – bobrowe tunele, wycięte prawie wszystkie drzewka i krzewy, bobrowa spiżarnia na środku stawu … no i kontuzje gospodarza.

Wrócę jeszcze kiedyś do opisu zniszczeń i pomysłów, w jaki sposób, na jednym terytorium, zamierzam godzić wspólne gospodarowanie z bobrami.

Omlet z groszkiem

Niewiarygodne, ile trzeba dokonać czynności, żeby zacząć pisać. Chciałem opisać przyjemność jakiej doznały moje kubki smakowe kilkadziesiąt minut temu. No i wyobraźcie sobie, że najpierw sprzątnięcie, bo lubię wejść później, czy jutro, czy kiedykolwiek do kuchni po to, żeby przygotować cokolwiek do zjedzenia i mieć wokół czysto, wszystko na swoim miejscu – ot tak. Potem kierunek gabinet – zaczynam pisać. Ale nie. Przecież chciałbym słyszeć najpiękniejszą muzykę filmową z RMF Classic na górze, przy biurku. No to podkręcić wzmacniacz. I już idę pisać. Znowu nie, przecież chciałbym, żeby w czasie pisania było mi ciepło. A więc – do piwnicy. Trzeba dorzucić do pieca kilka szczap i łyżkę węgla tak, żeby ciepełko rozchodziło się po naszym domku jeszcze przez kilka godzin. Zrobione. No to wchodzę na górę… Nie. Powrót do barku. Czym rozjaśnić umysł wieczorem? Żeby dyktował tekst od serca, żeby miał duszę, żeby pokazał co czuje skryba. Oczywiście najlepsza jest w takiej sytuacji dobra brandy. Idę więc z lampką Stocka, zasiadam przy biurku i co? … Nie wiem co chciałem napisać szykując strawę.

Podwoiłem lampkę i już wiem. A w związku z tym mam pytanie, czy kiedyś w PRLu, w jakimś barze mieliście okazję jeść tak zwany „omlet z groszkiem”? Jak przez mgłę, ale ja coś pamiętam. I wcale to nie były najgorsze wspomnienia.

No więc dzisiaj, po powrocie z wyjazdu do miasta, naszego jedynego zresztą w powiecie, zajrzałem do lodówki pytającym spojrzeniem: co by tu zjeść? Była już godzina poważna, wieczorna, prawie ciemno. Na obiad pełnowymiarowy zbyt późno. Bo przecież kiedy wróciłem, to nie od razu mogłem się rzucić na jedzenie. Trzeba było rozpakować wypchany samochód. Poza tym przede mną w kolejce są zwierzęta. O swoją rację dopytywał się i Turek i Słodziak. Dostali ulubione (no może wymuszone przeze mnie do polubienia) frykasy.

Zaniosłem też chrupki i mleczko kiciusiowi z sąsiedztwa, bo został sam na jakiś tydzień. Nie, nie został, tylko została, bo to kicia. Ale taka jest ta kicia, że mimo iż gospodyni prosiła o pogłaskanie po główce, to ja nie mogę się doprosić, przywołać ją do mnie. Ot, koty chadzają własnymi drogami i my, ludzie, nigdy się nie dowiemy co one myślą.

W szeroko otwartej lodówce, mój pytający wzrok padł na miseczkę z resztką z wcześniej otwartej puszki z groszkiem konserwowym. i wtedy zobaczyłem i poczułem smak PRLu. Zrobię sobie omlet z groszkiem. Cóż to się działo. Zgrupowałem to co chciałbym widzieć na tym omlecie. Resztki jeszcze świątecznych wędlin, świeży boczek i litewska kiełbasa kindziukowa poszły na pierwszy ogień na patelnię.

IMG_20200122_183825194

W czasie smażenia mięs skroiłem cebulkę i paprykę. Na drugą patelnię wlałem rozrobione z odrobiną mleka, tudzież z solą i pieprzem, dwa jajka.

IMG_20200122_184828523

Oczywiście w tym czasie już smażyła się cebulka i papryka, a tytułowy groszek odsączał się na sitku. Skroiłem parę rożków serka pleśniowego i przygotowałem połówki pomidorków papryczkowych, które wraz z zawartością pierwszej patelni poukładałem na omlecie, jak na pizzy.

IMG_20200122_185243207

Tak to wyszło. Sosik jaki możecie ledwie dojrzeć, to jalapeńo. Smacznego.

IMG_20200122_185710870

Uff. To porcja chyba na dwie osoby. Ale tak pyszne, że … dam radę.

IMG_20200122_190427552

No i o co było tyle bojów?

Jeszcze raz smacznego.

P.S. To nie jest wątek mojego bloga dla wegetarian. A będą i takie. Pozdrawiam.